sroda - 7.01.2009 - Siem Reap (Angkor)

dzien zaczelismy wczesnie, bo jeszcze w nocy ;) Wiktor wstal pierwszy, okolo 4.30 i pobudzil wszystkie okoliczne koguty. Jak te swoje odpialy stwierdzilam ze trzeba zdazyc na niezapomniany wschod slonca nad Angkor Wat. wyjechalismy naszymi rowerami z koszykami gdy byl zupelnie ciemno i tylko pieknie rozgwiezdzone niebo dodawalo nam otuchy. Juz po okolo pol godzinie dziarsko rozstawialismy statyw przed jeziorkiem pelnym pieknych fioletowych lilii (wiedzielismy to z dnia poprzedniego) a niebo powoli sie oblewalo pierwszym brzaskiem. Wsrod niemalego tlumu do nas podobnych udalo nam sie porobic piekne zdjecia (co potwierdzimy po zgraniu). Potem zwiedzilismy najwieksza i najbardziej slynna ze swiatyn Angkoru przy pieknym wschodzacym sloncu i prawie braku turystow. Jak tylko zaczely sie wlawac do kompleksu kolejne wycieczki czyli okolo 8.30-9.00 my wlasnie skonczylismy :). Mimo tak wczesnej pory, slonce juz niezle zaczelo palic. Potem bylo niestety coraz gorecej... Wychodzac juz z Angkor Wat bylismy swiadkami ciekawego zjawiska, a mianowicie orszaku slubnego. Niesamowicie strojnie, po kmersku poubierani panstwo mlodzi oraz cala ich swita czyli 4 druchny i 4 druchow, wszyscy ubrani w komplecie do panstwa mlodych czyli na niebiesko :). Zaniedlugo podjechali 3-ma samochodami inni - rozowi. Potem jeszcze nam migneli fioletowi, zolci i pomaranczowi. Ciekawe czy te kolory cos oznaczaja...
Tymczasem temperatura nabierala na sile... Juz sama nie wiem czy lepsze plus 38 czy minus 20... Pora na sniadanie bo wybila juz 10.00 - jako ze w poprzednich dniach obiad jedlismy na kolacje, to tego dnia postanowilismy nadrobic i zjedlismy pierwszy obiad na sniadanie :). Makaron z warzywami i kurczakiem za 1,5 dolara za porcje, gdzies miedzy jednym kompleksem swiatynnym a drugim. Za naszymi plecami, na ulicy przechadzaly sie slonie :).
Nastepny przystanek tego dnia to drugi koronny kompekt swiatyn: Angkor Thom. Pospacerowalismy po slynnym tarasie slonim, potem przeszlismy na dziedziniec i obejrzelismy Phimeanakas. Wygladal podobnie do piramid Majow, ale ze wzgledu na oslaniajacy upal odpuscilismy sobie wspinaczke. Kolejna swiatynia w tym kompleksie to Preah Palilay - opisywana w przewodniku jako najbardziej "ätmosferyczna" - owszem musiala taka byc dopoki nie wycieli 6 ogromnych drzew porastajacych schody. Teraz, ze sterczacymi kikutami wysokosci okolo 2-3 m widok przyprawia co najwyzej o lzy... Mimo ze swiatynie te sa polozone w dosc gestej dzungli, upal stawal sie nie do zniesienia. Poniewaz i tak skonczylismy wlasnie ogladanie najwazniejszych swiatyn, postanowilismy wynajac tuktuka aby obejrzec dalsze swiatynie polozone ok 30 km dalej. Tak tez uczynilismy a kierowca wiozl nas przed ponad godzine przed bardzo malownicze wioski, powtykane w gaje palmowe (palmy roznej masci i wielkosci ale wszystkie bardzo basniowe). Ta oddalona swiatynia to Banteai Srei - faktycznie byla inna niz dotychczas widziane - jakby miniaturkowa, z pieknie zachowanymi plaskorzezbami i motywami pol-ludzi-pol-malp... A wszystko w pieknym rudym kolorze. Slonce niestety ciagle jeszcze nie dawalo za wygrana wiec w drodze powrotnej schronilismy sie przed nim odwiedzajac muzeum min przeciwpiechotnych. Sporo rozbrojonych niewybuchow, ale najwieksze wrazenie robily relacje zalozyciela mueum, Khmera, ktory w latach 70-tych jako dziecko te miny zakladal nie zdajac sobie wtedy sprawy ze robi cos bardzo zlego. Pod koniec lat 80-tych, po zakonczeniu wojny, poniewaz bardzo dobrze znal wiele min postanowil zajac sie naprawianiem tego ogromnego zla, ktore wyrzadzil rezim Pol Pota i zostal czolowym Kambodzanskim saperem. Zalozyl tez fundacje ktora wspiera ofiary min i wielu sierotom dal prace w swoim muzeum i fundacji. Niesamowity czlowiek, podobno rocznik 1970 (nie wie sam bo wczesnie zostal sierota). Po tej dosc wstrzasajacej wizycie wrocilismy na naszych rowerkow zaparkowanych przy Angkor Wat, i po wsunieciu kukurydzy z baaaardzo prymitywnego grilla od jakiejs babci pojechalismy do hotelu na codzienny rytual zmywania ogromnej ilosci kurzu z .... wszystkiego.
Kolacja wynagrodzila nam trudy i upaly, bo znow Khmerskie jedzenie okazalo sie nie do pobicia przed tajskie... Pycha - sour soup with coconut milk oraz Khmer curry to nasze typy numer 1 w naszej dotychczasowej podrozy :) - w restauracji Khmer Kitchen w Siem Reap. Po drodze kupilismy tez bilety autobusowe na jutro rano do Phnom Penh - kolejna stolica przed nami. Ciekawostka - prywatna firma autobusowa zabiera wszystkich spod hotelu i to w ramach biletu wiec nie musimy sie martwic o dojazd na dworzec. Tyle ze godzine wczesniej trzeba byc gotowym :)

1 komentarz:

  1. Ale z Was ranne ptaszki!!! Jak czytam, że mój syn wstał o 4.30 rano,to dochodzę do wniosku,że mimo 30 blisko lat, nie znam swojego dziecka :))
    Musi to być nie lada frajda, jeśli jest zdolny do takiego poświęcenia. Czekam na zdjęcia, żeby też popodziwiać. Trzymajcie się ciepło i chrońcie skórę i oczy. mama

    OdpowiedzUsuń