wtorek - 6.01.2009 - Siem Reap (Angkor)

Dzisiaj zrobilismy w Angkorze tzw. dluga petle czyli 26 km po swiatyniach plus 14 km dojazd, czyli w sumie 40 plus rownie meczace zwiedzanie budowli. Na niektore trzeba sie bylo nawet wspinac, jdnym slowem - trening zaliczony. Ja jednak kocham zwiedzanie na rowerze. To jest to.
Ale przechodzac do szczegolowow. Wstanie o swicie zostawilismy sobie na jutro, a dzisiaj kulturalnie sie wyspalismy do 8.30. Potem sniadanko zlozone z buleczki, bananow i kawki (prawie jak Wloszczowska czy Malysz). Potem na rowerki i w skwarze do Angkoru. Tego dnia zwiedzilismy nastepujace swiatynie w kolejnosci chronologicznej: Pre Rup (przypominajaca piramide), East Mebon (pozostalosci po swiatynii polozonej na samym srodku zbiornika wodnego), Ta Som (bez rewelacji), Preah Neak Pean (inna niz wszystkie skladajaca sie z jednego glownego basenu ze swiatynka po drodku oraz 4 malymi basenami przylegajacymi z kazdej strony swiata), Preah Khan, Bayon oraz Angkor Wat. Trzy ostatnie wywarly na nas najwieksze wrazenie. Preah Khan jest troche podobna do zarosnietej przez dzungle Ta Prohm, lecz jest zbudowana na planie krzyza. Charakterystyczne dla niej sa bardzo dlugie korytarze oraz wiele zakamarkow.
Przy cieplym popoludniowym sloncu zwiedzalismy Bayon - jedno z piekniejszych miejsc w calym kompleksie Angkor. Swiatynia charakteryzuje sie znakomicie zachowanymi rzezbionymi twarzami buddy. W srodku mozna robic zdjecia zywym apsarom, czyli kobietom khmerskim poprzebieranym w tradycyjne stroje.
Na deser zostawilismy sobie Angkor Wat o zachodzie slonca. Znalezlismy bardzo dobra miejscowke i rozpoczelismy szalenstwo fotograficzne, ktorego efektem powinno byc sporo dobrych zdjec. Do srodka Angkoru jeszcze nie dotarlismy. Jutro ostatnia szansa.
Po Angkorze oczywiscie obowiazkowy prysznic i znowu na rowerkach "na miasto". Tym razem skusilismy sie za namowa poznanych Anglikow na sprobowanie dan z kuchni czysto ulicznej. Wyglada to tak, ze przy kilku mniejszych uliczkach po poludniu rozstawiane sa dziesiatki stolikow i krzeselek. Garkuchni jest rowniez kilkadziesiat. Kazda oferuje to samo menu i za te same ceny. Sprobowalismy Fred rice with vegetables and chicken oraz rice noodles with chicken. Obydwie potrawy po dolarze, smaczne choc bez rewelacji.
Dzisiaj mielismy rowniez przygode z pralnia. Oczywiscie do plecaka dalo sie zabrac 7 kompletow ciuchow, aby jego waga na podroz byla rozsadna, wiec bylismy nastawieni na pranie co tydzien. Dzisiaj rano oddalismy nasze rzeczy i na warunkach one kilo, one dollar - zawierzylismy profesjonalizmowi kambodzanskich gospodyn. Niestety wieczorem bylismy niemilo zaskoczeni, bo jedna z Agi koszulek miala wielka purpurowa plame na srodku a jedna sztuka Wiktora bielizny niestety sie zagubila...
Wieczorem przestudiowalismy przewodnik i swiezo nabyta ksiazke o Angkorze w celu identyfikacji miejsc, ktore warto ogladac o swicie. Nastawilismy budzik... nienajlepiej pobudka za 4,5 godziny...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz