Czas na relaks i odpoczynek. Dzis robilismy niewiele. Zwiedzilismy cala miejscowosc z rana na rowerach szukajac sniadania. Niestety na sniadanie moglismy wybrac kraby, krewetki, kalmary i wszystko inne czego dusza zapragnie pod warunkiem, ze pochodzi z morza. Stwierdzilismy, ze frutti di mare to ok, ale na obiad. Kep slynie z owocow morza i codziennie rano odbywa sie targ na brzegu ze swiezo zlowionymi krabami. Poza tym troche pospacerowalismy po tej nadmorskiej bardzo sennej miejscowosci. Troche poczytalismy, troche pospalismy, pogralismy w bilard.
Kep ponoc zaczyna dopiero odzywac po upadku czyli totalnej destrukcji Czerwonych Khmerow. W Kepie widac wiele porzuconych zniszczonych budynkow, ktore przezywaly czasy swietnosci przed II wojna swiatowa i przed Pol Potem. W Kepie sa rzekomo dwie plaze, ale plaz baltyckich to one nie przypominaja, a raczej ciemne blotniste i niewielkie nie wiadomo co. Poza tym jest zakaz kapieli, a przynajmniej nikt sie nie kapie. Jesli juz to trzeba wykupic calodniowa wycieczke na wyspe Tonsay (Rabbit Island) za 12 USD. Generalnie Kepem bylismy mocno rozczarowani, ale ponoc Kambodzanie tlumnie tu przyjezdzaja w weekendy i swieta. Dzis akurat czwartek, wiec miasteczko liczace 4000 mieszkancow i dosc rozlegle, jest jakby wymarle. Mielismy nocleg w swietnym miejscu (Botanica GH), ale postanowilismy sie przeniesc na druga noc tam gdzie jest ciepla woda. Wybralismy N4 Guest House (15 USD ze sniadaniem i rowerami) - bardzo przyjemne miejsce.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz