niedziela - 11.01.2009 - Phnom Penh - Ho Chi Minh City (Sajgon)

Dzisiejszy dzien nie zaczal sie zbyt dobrze. Umowiony busik, ktory mial po nas przyjechac o 6:15 aby nas zawiezc na dworzec , niestety sie nie zjawil. Wiedzac, ze te busiki sie spozniaja odczekalismy troche, po czym zdecydowalismy sie pojechac na dworzec na wlasna reke. Niestety gdy tam dotarlismy , okazalo sie, ze autobus juz odjechal. Musielismy zmienic nieco plany i przebookowac bilety na 13.30. Wolny czas wykorzystalismy na tzw, Russian Market - ponoc jedno z najlepszych miejsc na zakupy w tej czesci swiata. Faktycznie kupilismy sobie kilka rzeczy, a hitem byly plecaki North Face.
Podczas lunchu w centrum bazaru, gdzie stolowalo sie wielu tubylcow (3000 rieli za pyszny ryzowy makaron w klsztlacie glist, z jajkiem, kielkami i jakimis zielonymi listkami), poznalismy Francois - Francuza, ktory pracuje w Kambodzy od pol roku. Francois jest po agronomii, a w Phnom Penh pracuje na farmie i pelni szeroko pojete funkcje administracyjne i finansowe. Zapadlo nam w pamieci szczegolnie jedno jego zdanie "You cannot be unhappy i Cambodia"... :)
O 12.40 bylismy juz z powrotem na dworcu, aby byc pewnym, ze juz tym razem sie nie spoznimy. Podroz minela nam bardzo szybko choc formalnosci graniczne zajely grubo ponad 1h. Najpierw musielismy wszyscy wysiasc z autokaru, by oficer kambodzanski mogl polamac sobie jezyk wyczytujac nasze imiona z paszportow. Potem dluga procedura na przejsciu wietnamskim, na ktorym nasze paszporty zniknely w jakiejs niewidocznej budce a nastepnie byly wydawane po kilka sztuk. Gdy bez odebranych paszportow zostalem tylko ja , chlopak z Kanady i jeszcze jeden podroznik, adrenalina nieco podskoczyla. Na szczescie wszystko bylo ok. Jeszcze tylko skanowanie bagazu i gotowe (to byla pierwsza granica ladowa, na ktorej zdarzylo nam sie skanowanie bagazu).
Zaraz po przekroczeniu granicy - niesamowita odmiana: domy murowane, zelazne ploty, droga dwupasmowa... Do Sajgonu (Ho Chi Minh City) zajechalismy ok 20.30. Na szczescie dosc sprawnie udalo nam sie znalezc bardzo przyzwoity hotelik ze romantycznym sniadaniem na dachu i internetem za 18 USD (306 000 dongow - w Wietnamie jest troche drozej niz w Kambodzy). Warunki prawie jak w domu - czysto, cieply prysznic, przytulnie...
Przejazd przez miasto oraz krotki spacer wieczorem, od razu pozwalaja sie zorientowac, ze HCMC to wielka i dosc nowoczesna metropolia. Ruch uliczny jest wprost niewyobrazalny. Popularne niegdys rowery, teraz zastapily wszechobecne motory i skutery. Ludzi mnostwo, glosno. Jak to miasto. Chyba powoli bedziemy sie ewakuowac z duzych meczacych miast...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz