sobota - 10.01.2009 - Phnom Penh

Od Nathana dowiedzielismy sie ze istnieje mozliwosc sprawienia troche radosci dzieciom z sierocinca. Jeszcze poprzedniego wieczoru umowilismy sie ze Nathan zabierze nas do sierocinca, ktore sam przyjechal odwiedzic po ostatniej swojej wizycie 1,5 roku temu. Nathan zabral nas swoim motorkiem sprzed Okey Guesthouse - Kambodzanczycy mieli niezly ubaw widzac trojke bialych na motorze (pokazywali nawet nas sobie palcami).
W sierocincu sa dzieci od niemowlat az po studentow. Okazalo sie ze wiekszosc dzieci tu trafila gdyz ich rodzice zmarli na AIDS. Gdy przyjechalismy od razu wzbudzilismy spore zainteresowanie, szczegolnie wsrod maluchow. Nathan przedstawil nas zonie dyrektora, ktora opikuje sie dziecmi oraz kilku starszym dzieciakom. Niektore z nich mowia niezle po angielsku i francusku. Taki wlasnie chlopiec oprowadzil nas po calym obiekcie - na niewielkim skrawku ziemi stoi drewniany chylacy sie budynek, w ktorym o dziwo najlepsze miejsca na pietrze zajmuje .... biuro. Poza ta rudera jest niewielkie podworko, wiata gospodarcza a z tylu toaleta w myszki Miki i kuchnia pod golym niebem - 2 duze woki, dyzu stol i przygotowane pienki do paleniska.
Wszyskie dzieci spia na parterze budynku (mlodsze) lub pod golym niebem na pietrowych lozkach (starsze). Na scianach wisza malunki wykonane przez dzieci. Te dziela mozna kupic za co laska - kupilismy 2 aby nam przypominaly to miejsce po powrocie do domu.
Z niektorymi dziecmi mozna porozmawiac dosc prostym angielskim. Niesmialych jest niewiele. Wiktor pogral z chlopcami w pilke, a Aga wzbudzila ogolna radosc rozdajac drobiazgi, ktore przywiezlismy z Polski - dlugopisy, slodycze, maskotki, wisiorki, smycze, breloczki itp. W pewnym momencie zgromadzila sie wokol niej grupka ok. 20 szczesliwych maluchow.
Po poludniu pojechalismy motorami obejrzec mecz pilki noznej, w ktorym reprezentacja chlopakow z sierocinca grala z jedna z lokalnych druzyn z Phnom Penh. Po pierwszej polowie przy stanie 1:1 postanowilismy wrocic jeszcze na troche do sierocinca. Bawilismy sie jeszcze troche z dziecmi i rozmawialismy z Tonym - Belgiem, ktory chialby zostac wspolwlascicielem sierocinca. Obecnie sytuacja jest nieco skomplikana - wspolwlascicielami sa Kambodzanie i Francuzi. Francuzi maja mocno podejrzewaja ze nie wszystkie ofiarowywane pieniadze trafiaja do dzieci. Niewykluczone ze niedlugo dojdzie do podzialu sierocinca na czesc francuska i kambodzanska. Moze sie to odbyc ze szkoda dla dzieci, ale w dluzszej perspektywie pewnie przynajmniej czesci dzieci bedzie lepiej. Tony organizowal bedzie rowniez sponsoring dla dzieci, ktore jeszcze nie maja takich opiekunow na odleglosc. Po angielsku to rodzice chrzestni. Chetni, ktorzy moga sobie na to pozwolic, miesiecznie przelewaja ok 20-25$ na utrzymanie dziecka, a w zamian otrzymuja informacje co slychac u malucha (w biurze jest dostep do internetu stad mozliwe sa relacje i staly kontakt). Sami bedziemy chcieli takie 1 dziecko wspierac. Nathan ponagrywal ok 25 filmikow z dziecmi, ktore ciagle nie maja mam czy tatusiow chrzestnych i bedzie chcial szukac tego typu sponsorow w USA.
Na koniec dnia Aga, widzac jedna dziewczynke, ktora miala ogolona glowe ze wzgledu na jakas chorobe (byc moze bialaczke) postanowila podarowac jej swoje kolczyki (niewielkie perelki) - aby nikt nie mylil tej ladnej dziewczynki z chlopcem. Reakcja malej byla niesamowita - niezmiernie sie ucieszyla i mocno mnie za to usciskala. Jak ja potem obserwowalismy - byla bardzo szczesliwa i dumna z takiego wyroznienia. Pomyslalam ze skoro inne dziewczynki maja piekne dlugie wlosy, to ona tez moze sie czyms ladnym wyroznic. Nathan tez nam pozniej powiedzial ze byl to rewelacyjny pomysl - jasne perelki pieknie wygladaly na tle sniadej cery dziewczynki.
Juz po zmroku Nathan zabral nas z powrotem do centrum i poszlismy na pozegnalna kolacje. Znajomosc z nim, zawarta jeszcze w Poipet, okazala sie tak wartosciowa i niesamowita. To byl taki troche inny dzien... ktory na pewno na bardzo dlugo zostanie w naszej pamieci.

3 komentarze:

  1. pewnie niektóre z tych dzieci też zapamiętają na długo Waszą wizytę... czasem w tej gonitwie warto się na chwilę zatrzymać i pomyśleć o innych, słabszych, opuszczonych. Nabiera się duuuużego dystansu do świata i rzeczy. Bardzo się cieszę że tam dotarliście. Czy możecie kupić taki obrazek też dla mnie?
    mama

    OdpowiedzUsuń
  2. oj ciężki i smutny jest los dzieci bez rodziców.Ale fajnie że udało się Wam spawić im trochę radości.Te drobiazgi,którymi ich obdarowaliście będą im Was przypominać.Docenicie swoje szcześliwe dzeciństwo.Mama i Tata.
    Ps.Tęsknimy za Wami!

    OdpowiedzUsuń
  3. To na pewno byl bardzo ciekawy dzien - chyba takie dni z podrozy zapamietuje sie najlepiej. Trzymamy kciuki za dalsza czesc.
    Ewa i Grzes

    OdpowiedzUsuń