sobota - 17.01.2009 - Kampot - Koh Chang

Zaczelismy dzien niestety niezbyt fortunnie bo zatruciem pokarmowym Agi... Zastanawialismy sie w ogole czy jechac w takim ukladzie, ale tuz przed wyjsciem z Guest Housu wydawalo sie juz po wiekszosci wydarzen, wiec jednak nie stawialismy naszych planow na glowie. Poza tym pomyslelismy ze w razie czego to jednak w Tajlandii do ktorej wlasnie chcemy sie dostac, bedzie lepsza pomoc medyczna...
Jak probowalismy zaplacic za hotel (co nigdy nie dzieje sie od reki, nikt tu sie nie spieszy ani niczym nie przejmuje) podjechal nasz tuktuk, ktory mial nas zabrac na dworzec. W recepcji tak sie grzebali ze zaniedlugo podjechal i sam mini-van ktorym mielismy jechac ok. 4,5h do granicy. To co ujrzelismy... po prostu nie moglismy uwierzyc ze TYM CZYMS mamy jechac... Po kilkakrotnym upewnieniu sie, ze to jednak TO, panowie ochoczo wzieli sie do wkladania naszych plecakow na dach, na ktorym jak sie pozniej okazalo znalazlo sie wiele innych jeszcze...obiektow. Pojazd wygladal mniej wiecej jakby po jakiejs 30-letniej eksploatacji przestal jeszcze z 20 lat na zlomowisku... a wiec nie bardzo mial prawo jezdzic... w srodku brud na siedzeniach jakiego jeszcze nie mielismy okazji doswiadczyc (a juz troche czasu w Kambodzy spedzilismy) wraz z towarzyszacym odpowiednim smrodkiem wewnatrz. A propos wewnatrz: z busika wygladalo nas duuuzo par oczu... juz duzo za duzo jak na nominalne przeznaczenie producenta busika. Bez wzledu na plec czy wiek (od lat 2 do ok. 60) wszystkie pary oczy wyraznie sie ozywily i ucieszyly na nasz widok. I tu nastapil moment kolejnego zawahania - zanosilo sie, ze temperatura na zewnatrz (byla 9 rano) solidnie przekroczy 30 st a busik na klimatyzowany jednak nie wygladal...Poniewaz slyszelismy ze jednak w takich warunkach sie jezdzi w tej czesci Kambodzy to czekanie do nastepnego dnia w celu poprawy jakosci uslugi transportowej nie mialo wiekszego sensu... Usiedlismy kolo dwoch niezmiernie uradowanych panow, ktorzy zrobili miejsca kolo siebie ile mogli (czyli ok.1,5). Przy czym ja siedzialam pomiedzy rozkladanym siedzeniem a kanapka. Naliczylismy 16 osob (na nominalne 10). Ruszylismy. Aby po ok 300 m zatrzymac sie i .... dopakowac kolejne 4 osoby. Panowie mocno sie glowili jak to zrobic i z tego calego zamieszania udalo nam sie wynegocjowac cala kanapke dla siebie. I tak bylo bardzo ciasno, w szczegolnosci przy wzroscie Wiktora... Reszte ludzi poupychali w inne miejsca i suma sumarum odjechalismy z 20 osobami na 10 miejscach oraz dodatkowo 2 panami z obslugi (bagazu i innych) NA DACHU!!! Nie moglismy uwierzyc, ze oni faktycznie tak jada dopoki nie zobaczylismy ich cienia...masakra jakas. Ale chyba dla nich to norma. Nikt jakos nie wygladal na specjalnie zmartwionego. Kambodzanie zmartwieni? To zupelnie niemozliwe...Chociaz raz wyjatek stanowil kierowca tuktuka ktory wiozl nas z przystani na jeziorze Tonle Sap kolo Siem Reap do guest housu i jak na jego oferte calodziennego wozenia nas po swiatyniach Angkoru odpowiedzielismy ze raczej chcemy sobie rowery wypozyczyc to sie wyraznie zmartwil...
No ale wracajac do naszej hardcorowej podrozy... Okazalo sie ze pan kierowca jedzie calkiem sprawnie, a droga nawet nie ma dziur. Slyszelismy ze w 2008 mieli oddac 4 mosty, ktore
bardzo usprawnily przemieszczanie sie po wybrzezu Kambodzy i na szczescie okazalo sie to prawda. Zatrzymalismy sie tylko raz na ok 15 minutowe sniadanie, na ktore wszyscy Kambodzanie zjedli zupe lub ryz z warzywami i po misternym zapakowaniu sie pojechalismy dalej. Mielismy okazje jechac przez jedyne gory z Kambodzy zwane Cardamom Mountains. Porosniete sa lasami tropikalnymi, na skraju ktorego bardzo gesto bo co ok 200 m stoja znaczki z napisem z stylu "wejscie do lasu grozi spotkaniem z tygrysem" (bylo po kambodzansku i angielsku). Wypatrywalismy jakiegos usilnie, ale chyba juz byly po sniadaniu... Busik roznie sobie radzil po stromych czasami podjazdach, ale na szczescie wysiadac ani rozladowywac niemalego bagazu z dachu (m.in ryz, cukier w worach) nie bylo potrzeby. Juz po 13 przywidal nas dlugo wypatrywany napis Koh Kong. Jest to miasteczko ok 10 km przed granica, ale my wykupilismy przejazd do miejscowosc Hat Lek czyli do samej granicy. Na pierwszym skrzyzowaniu w Koh Kong busik sie zatrzymal i chmara lokalesow podbiegla do naszego okna krzyczac ze dalej musimy wziac moto do granicy. Ani nam sie snilo, pokazalismy bilety ze mamy oplacone az do Hat Lek i powiedzielismy ze nie wysiadamy. Po wypakowaniu czesci bagazy busik ruszyl dalej. Po ok 500 m cala sytuacja sie powtorzyla. Kolejni kierowcy motorow do nas podbiegli i krzyczeli ze musimy wysiadac i jechac dalej motorami. Jak powiedzielismy ze mamy oplacone zawiezienie do Hat Lek zaczeli przebakiwac ze zabiora nas za darmo.Zasiegnelismy jezyka u chlopaka w naszym busie wygladajaceog na czystego i kumatego ktory wytlumaczyl nam ze bus jedzie do granicy ale najpierw musi porozwozic wszystkich i wszystko po okolicy i to zajmie okolo pol h. Zastanawialismy sie co robic bo wysiadajac z busa (na temat ktorego sprzedawca zapewnial nas ze jest to bezposredni transport do granicy) i oddajac sie w rece kierowcow motorow raczej bedziemy musieli jeszcze raz za to samo placic... Postanowilimy jednak jechac dalej. Na trzecim przystanku cala bajka od nowa, wiec ten chlopak-inteligent podpowiedzial nam ze to rozwozenie moze naprawde jeszcze potrwac (co wlasnie tez zdarzylismy zauwazyc) a kierowcy krzyczeli ze to tylko 2 km wiec stwierdzilismy ze ostatecznie przesiadziemy sie na motory. Nas jadacych do granicy byla w sumie trojka (dodatkowo 1 lokales) a kierowcow z dziesieciu co najmniej...No i zamiast sie pakowac na te motory, to my czekamy. Okazalo sie ze kierowca busa odpalil jednak jakas kase motorowcom, wiec dobra nasza. Po zapakowaniu mojego placaka na motor (kierowca bierze do przed siebie wiec ja sie nie martwie), widze ze ten trzeci lokales pakuje sie na tylne siedzenie tego motoru. Po wyproszeniu go okazalo sie we trojke i z 2 wielkimi plecakami jedziemy 2 motorami. Ostatecznie upchnal sie miedzy Wiktora i ichniego kierowce i ruszylismy. Najpierw byl 2-km most, za ktory sie placi, w co kierowcy znow chcieli nas wrobic. Po wybiciu im tego z glowy zawiezli nas go granicy, ktora byla co najmniej 12 km dalej...Czasami jednak sciemniaja... Przejscie graniczne poszlo dosc sprawnie, choc sa to zawsze punkty, ktore podnosza czlowiekowi adrenaline...w szczegolnosci granice tajsko-kambodzanskie, ktore oddzielaja trzeci swiat od ... calkiem cywilizowanej Tajlandii... Ok. 14.00 po uzyskaniu stempelkow tajskich oraz opatrzeniu naszej 2-krotnej wizy pieczatka USED zaczeslimy sie rozgladac za busami/autobusami do Tratu (ok 80km). Okazalo sie ze 3 busy ktore sie ladowaly byly zorganizowane juz wczesniej i tak wlasnie nam potwierdzili lokalesi - ze nie wydostaniemy sie z Hat Lek inaczej niz ich pick-upem za bagatela 1000 bahtow (ok. 30$).Wiktor po zasiegnieciu jezyka dowiedzial sie, ze trzeba po prostu poczekac i jakis lokalny minibusik przyjedzie i jak sie zapakuje to i odjedzie. Tym wiarygodnym zrodlem informacji okazal sie Wloch, ktory wielokrotnie przekraczal juz ta granice, bo przez 3 lata prowadzil wloska restauracje na Koh Chang. Dodatkowo w oczekiwaniu na busa opowiedzial nam sporo o wyspie i polecil rozne miejsca. Za ok 20 min busik faktycznie podjechal i po zapakowaniu sie okazalo sie ze kosztowac nas bedzie po 120 bahtow :). Za ponad godzinke bylismy juz na dworcu autobusowym (w tej czesci swiata maja dziwna maniere budowania dworcow autobusowych zupelnie poza miastem). Tam od razu znalazl sie kierowca pick-upa (tym razem z zadaszonym tylem) oferujac podwiezienie na przystan za 50 bahtow. Szybko sie zgodzilismy wraz z 2 parkami Holendrow i Szwedow i za kolejne 40 min bylismy na przystani z zakupionymi po drodze biletami (160 bahtow w 2 strony).
Najblizszy prom byl o 18 czyli mielismy okolo pol h czekania. Piekny zachod slonca na promie czesciowo zrekomensowal trudy dnia. Na przystani juz na wyspie (plynelismy ok. 45 min) znow znalazl sie pick-up, ktory za 100 bahtow od osoby (maja tu jednak stale ceny na szczescie) zawiozl nas ok 30 km na Lonely Beach. W polecanym przez Szwedow miejscu czyli Nature Beach nie bylo juz wolnych miejsc a w miejscu obok czyli Siam Hut (tez przy samej plazy) Szwedzi wzieli ostatni wolny bugalow. Powedrowalismy wiec dalej i znalezlismy calkiem fajny wolny pokoj za 700 bahtow w Kachapura Bugalows (domku nie mieli juz wolnego) w bardzo przyjemnym skupismy domku polozonych jakby w ogrodzie. Pani powiedziala, ze jak bedziemy rano sie chcieli przeniesc to zwolni sie domek z wiatrakiem za 500 bahtow. Bardzo nas to ucieszylo i po zarzuceniu szybkiej kolacji w pobliskiej restauracyjce (a jest z czego tu wybierac) padlismy puntualnie o 22.15...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz