czwartek - 8.01.2009 - Siem Reap - Phnom Penh
wstalismy znow wczesnie, bo o 6.00 by na 6.30 byc gotowym do zabrania na dworzec. Na szczescie aytobus byl okolo 20 min pozniej co umozliwilo nam zjedzenie sniadania w naszym Guest Housie - Red Lodge (mocno polecamy, w cenie rowery i sniadania wlasnie, co prawda niewyrafinowane bo bagietki z maslem i dzemem, banany + kawa i herbata ale zawsze bylo jakies sniadanie). Atobusik juz byl w polowie zapelniony jak wsiadalismy, ale pojechal jeszcze na sam koniec miasteczka by dobrac kolejnych backpackersow ;). Koniec koncow ostatni byli dopychani do autobusiku niemal kolanem :). Dojechalismy na dworzec na 7.45 a nasz autobus mial byc o 7.30. Ale na szczescie na nas czekal. Jechalismy Sorya Transport Company za 6 USD/os. ok. 320 km. Po drodze zatrzymalismy w dwoch miejscach na "sniadanie" (choc nikt nie kupowal) obeserwujac niespieszne zycie miejscowej biedoty.Obserwowalismy pana smazacego w glebokim tluszczu banany w bialej panierce... Na nastepnym postoju byly wieksze atrakcje, bo mielismy okazje zobaczyc na wlasne oczy smazone ogromne czarne pajaki (wielkosci naprawde dorodnej tarantuli), grillowana szarancze i jeszcze jakies pomniejsze smakowitosci... Zdecydowalismy sie jednak sprobowac (na tym samym stoisku, zeby nie bylo) sticky rice with coco, ale jakos nas smak nie powalil. Wlasniciwie to jakies troche bez smaku bylo (takie jakby nalesniczki z ryzem i wiorkami kokosowymi w srodku). Dojechalismy na Central Market w Phnom Penh okolo 14.00 wiec zgodnie z planem po 7 h. W autobusie poznalismy Jacka z Krakowa, ktory samotnie robil podobna trase do nas. Po wyjsciu z autobusy tradycyjnie dopadla nas banda tuktukowcow, jednak my dyskretnie wypatrywalismy takiego z reklama Okey Guesthouse (miesjce polecane przez backpackersow z polskich blogow). Na szczescie zanim Wiktor wypakowal nasze bagaze z luku, ja juz takowego wlasnie dostrzeglam i jakby nigdy nic dalam do siebie podejsc i "sie nagonic". Okazalo sie ze spoko nas tam zawiezie po 1$ od osoby (Jacek zdecydowal sie z nami pojechac bo nie mial nic innego na oku). I okazalo sie to dobrym pomyslem bo ostatecznie wzielismy sie pokoj 3-osobowy za 10$. Co najwazniejsze - Z CIEPLA WODA!!! Po raz pierwszy bede mogla wziac cieply prysznic od Londynu!!! POkoj bardzo czysty i widny, tylko trzeba sie niezle wspinac - na 4 pietro po stromych i waskich schodkach. Okazuje sie ze Okey Guesthouse to niezla machina - procz tego ze maja 120 pokoi na wynajem, restaruacje, w ktorej stluje sie wiekszosc gosci, to sa rowniez biurem podrozy posredniczacym we wszelkich formach transportu to wszelkich miejsc, dokad mozna by bylo sie udac z PP. Do tego posrednicza w wyrabianiu wiz, z czego od razu skorzystalismy zamawiajac u nich wyrobienie wizy do Wietnamu (34$/os - nietanio niestety ale coz zrobic). Podobno Wietnam ma niedlugo zniesc wizy dla wiekszosci narodowosci by zachecic turystow, tymczasem trzeba placic :(. Po szybkim odswiezeniu i obiadku (Khmer curry in coconut za 2$/os) poszlismy zwiedzic Royal Palace i Silver Pagode (6.25$/os). Pagoda nazywana jest srebrna ze wzgledu na .... srebrna podloge, skladajaca sie z 5000 plytek, z ktorych kazda wazyla 1kg. W srodku oczywiscie statuetka Buddy na wysokim oltarzu.. znow koloru szmaragdowego (Emerald Budda) - widac chca miec podobna jak w Bangkoku. Jednak po obejrzeniu kompleksu swiatynnego w Bangkoku, ta swiatynia nie robi juz takiego wrazenia. Ogolnie o wiele skromniej, biedniej, bez duzego przepychu czy rozmachu. Potem udalismy sie na zachod slonca nad pobliskie nabrzeze szerokiej rzeki Tonle Sap (tej samej ktora laczy sie z jeziorem kolo Siep Reap). Po drodze, na skwerze zatrzemalismy sie przy sporej grupie, grubo ponad setki osob uprawiajacych uliczny aerobic. Schemat ten sam co w Battambangu - prowadzi mlody chlopak, a za nim skacza same panie...:) Nie brakowalo im widowni :).Na nadrzecznym bulwarze tez sporo sie dzieje - mnostwo sprzedajacych rozne roznosci. Najciekawsze byly przenosne mini kuchenki-paleniska (na dlugim dragu niesionym na karku po obu stronach przywieszone 2 miski, jedna z zarzacym sie mini-paleniskiem, druga ze skladnikami. I jeszcze jedna ciekawostka - zauwazylismy jedna pania, ktora w ogromnym plaskim koszu na glowie niosla nopale!!! (gwoli wyjasnienia - to typowo meksykanskie danie-liscie kaktusa opuncji). By skierowac swe kroki na relaksyjace piwko zasugerowalismy sie przewodnikiem Lonely Planet i udalismy sie do Mama's Restaurant kilkanascie przecznic na zachod od rzeki. Po drodze przygladalismy sie zyciu Kambodzanczykow w stolicy. Traflismy na niewielka zamknieta przez policje uliczke (policjanci pozwolili nam przejsc). Okazalo sie ze zamknieta jest ze uwagi na wesele - stoliki wylewaly sie na ulice. Pomyslelismy ze zeni sie jakis wojskowy bo przy stolikach sami mundurowi. Stanelismy na chwilke przygladajac sie dekoracjom a jeden z owych mudurowych do nas podszedl. Wyjasnil ze te ok 70 facetow ktorych wlasnie widzimy to wszystko... policjanci ktorzy ochraniaja gosci i ich samochody (nie wiem jak to robili siedzac za stolikami). A bylo co chronic, jak sie rozejrzelismy po uliczce to same terenowe Lexusy, Audi i Toyoty (ogromne). Jeden terenowy Lexus pieknie przybrany kwiatami byl wlasnoscia panny mlodej. Tuz obok nad niewielkim ogniskiem piekla sie... cala krowa!!! (troche mniejsza niz u nas ale zawsze!). Mama's restaurant okazalo sie troche przereklamowane i drozsze niz zapewnial przewodnik LP, ale jedzenie trzymalo tutejsze standardy czyli bylo smaczne. Natomiast sporym przezyciem byla wycieczka do lazienki. Szlo sie przez kuchnie (ktora nie wygladala wcale tak zle jak na kuchnie ktore juz tu widzielismy), natomiast takiej lazienki jeszcze w zyciu nie widzialam. zlewy nie bylo, tylko wymurowany "basenik"w ktorym napuszczona byla po brzegi woda. Woda ta sluzyla tak do mycia rak (jednak sie nie zdecydowalam) jak i przelewania kibelka za pomoca rondelka... A sciany... powiem tylko tyle ze sciany w chlewie gdzie mieszkaja swinki u mojej Babci na wsi wygladaja lepiej...
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Smażone pająki?? hmm, ciekawe jak bardzo dobre to musi być ;)
OdpowiedzUsuńPozdrowienia z pracy.
Lidias