piatek - 16.01.2009 - Kep - Kampot

Dzis rano zjedlismy sniadanie w towarzystwie znajomych Holendrow i dalej rozprawialismy o rowerach. Niestety pozniej musielismy sie juz pozegnac bo Frans i Frida jechali w kierunku Wietnamu.
Ja zrobilem maly poranny rowerowy rekonesans. Tu jest pare gorek, ale na rowerku z jednym biegiem to jakos nie sprawia przyjemnosci. :) Kupilem tez bilety na autobus do Kampotu, do ktorego postanowilismy sie przeniesc na 1 dzien. Autobus mial byc o 12.30, wiec sobie myslimy, ze jak bedziemy ok 12.00 to sie spokojnie wyrobimy. Opuscilismy hotel nawet wczesniej i wzielismy tuk tuka do glownego ronda, przez ktore wszystko tutaj przejezdza. Jakie bylo nasze zdziwienie gdy dojezdzac do ronda o 11.45 nasz autobus wlasnie z impetem tam wjechal. Szybka akcja machania i sie na szczescie zatrzymal. O 13.00 juz bylismy w z gory upatrzonym guest housie w Kampocie - Long Villa - 5 USD za pokoj z wiatrakiem. Poniewaz bylismy juz troche glodni po porannym skapym sniadaniu, to pierwsza rzecza jaka zrobilismy w Kampocie byl lunch w restauracyjce hotelowej. Zarcie bylo wprost boskie - potrawa podobna do amoku, tyle ze dodatkowo z ananasem - som-lor-ktee z ryzem on the side. Aga wziela zupe z dyni, ktora juz nie byla takim mega hitem ale tez byla calkiem smaczna. Przespacerowalismy sie po miescie i zaleglismy w jednej z kawiarenek. O 15.00 wynajelismy sobie motorek i pojechalismy do "wodospadow" Tek Chhouu. To moje pierwsze doswiadczenia z taka piekielna maszyna i stwierdzam, ze chyba jednak bardziej komfortowo sie czuje na rowerze. :) To wrazenia Wiktora, natomiast Agi: mi jechalo sie calkiem spoko tym bardziej, ze jazda zawierala obowiazkowa opcje przytulania do plecow ukochanego :)
Co do wodospadow to no coz... ciezko to cos nazwac wodospadami. Jest to prostu a la gorska rzeka z kamieniami. Angielska nazwa z Lonely Planet lepiej oddaje istote - rapids. Mimo wszystko spedzilismy tam czas prawie do zachodu slonca, troche sie relaksujac i obserwujac rodzinke z dzieciakami bawiacymi sie w rzece oraz pana, ktory przyszedl sie wykapac wraz myciem glowy obfita piana. Gdy wrocilismy do miasteczka to znowu zaleglismy z kawiarence nad rzeka delektujac sie piwkiem Angkor oraz naszymi ulubionymi shake'mi owocowymi.
W ciagu dnia kupilismy rowniez bilety do granicy w Hat Lek. Stwierdzilismy, ze czas na porzadny wypoczynek na wyspie i wybieramy sie ostatecznie na Koh Chang w Tajlandii. Bezposredni minibus do granicy wynegocjowalismy na 10 USD za osobe. Zobaczymy jaka bedzie jakosc uslugi.

1 komentarz:

  1. Hihi, ja do plecow ukochanego na motorze przytulam sie tutaj regularnie :) Pozdrowionka. Ewa

    OdpowiedzUsuń