sobota - 24.01.2009 - Bangkok

Sobota to dla wielu w Polsce dzień targowy i takie też plany mielismy i my na ten dzien. Tyle ze nasz planowany bazar byl pelen niezwyklych rzeczy jak i zjawisk takich jak reklamowane w Lonely Planet fluffy puppies czy wydarzen jak walki kogutow czy ryb (!!!), co chyba ostatecznie przekonalo Wiktora, aby jednak sie tam udac, rowniez ze wzgledu na aspekty spoleczno-kulturalne-obyczajowe...
By urozmaicic sobie dzien jak i ciagle uzupelniac poznawanie Bangkoku dostac sie tam mielismy Sky Trainem - dosc osobliwa postacia metra, ktore jezdzi... na wysokosci 5-6 pietra! I wcale sie nie ma wrazenia, ze jezdzi nad budynkami. W Bangkoku jest tak duzo wiezowcow - wlasciwie na wiekszosci jego powierzchni, nie tylko w centrum - ze metro Sky Train zgrabnie niczym waz w dzungli przeslizguje sie miedzy nimi. Smiesznie sie czulismy jak ten pociag, z ktorego okien podziwialismy Bangkok jednak troche z gory, okrazal ogromne rondo, na srodku ktorego byl ogromny... Independence monument. Pomnik (choc to za male i za slabe slowo na ta budowle) byl rownie spektakularny jak i sam Sky Train - wielki, przestrzenny i troche pociagowi zabralo ominiecie go :). Ale po kolei. By wspiac sie na gore i przemiescic Sky Trainem najpierw jechalismy baaaardzo dlugimi schodami ruchomymi. Dostalismy sie na platforme gdzie trzeba bylo kupic bilety. Mnostwo automatow do biletow, ale nie przyjmowaly banknotow, wiec podeszlismy do pani w budce by nam sprzedala bilet. Jednak tylko ograniczyla sie do wydania nam 10 monet 10-bahtowych odsylajac znow do automatu. Bilety dostalismy nie papierowe, tylko takie plastikowe karty. Placi sie za tyle ile stacji sie chce przejechac - wybierajac to wczesniej na ekranie. Kasowalo sie bilet standardowo, calkiem jak w warszawskim metrze. Potem znow schodami jeszcze wyzej, na peron. Natomiast najciekawsze bylo to, ze po przyjechaniu do docelowej stacji do wyjscia przez bramke znow trzeba bylo wlozyc bilet-karte. I tu niespodzianka - bramka "zjadala" karte. Jak juz zjadla moja, to Wiktor przyjrzal sie swojej - nie byla nowa. Czyli maja bilety wielorazowego uzytku. Ogromny plus za ekologie dla Tajlandczykow!!! Tu sie mozemy od nich uczyc.
Po zejsciu na ziemie z podniebnego metra wchodzi sie od razu do przepieknego parku (troche jednak sztucznego) z trawka niemal prosto z pola golfowego i uroczym jeziorkiem. Na trawie niezliczone tlumy Tajow korzystajacych z pieknej / upalnej soboty w srodku stycznia. Hmmm, ciekawe jak to wyglada tu latem. Po przejsciu przez polowe parku i zachwytach po drodze dotarlismy na Chatuchak - najslynniejszy bazar w tej czesci swiata. W sumie zorganizowany w calkiem cywilizowany sposob, przyjemniej niz w Phnom Penh. Tylko ceny nie z PP ;-). Najcenniejsze zdobycze: bardzo pomyslowe, nowoczesne zyrandole, sztuk 2 (tak, tak nie zartuje, zaopatrzylismy sie w zyrandole tyle ze w niewiarygodnie pomyslowy sposob skladane i zajmujace miejsca mniej niz maly zeszyt) oraz przepiekna zlocona glowa Buddy (a wlasciwie pol glowy, bo nie ma tylu, podobna do meksykanskiej maski). Fluffy puppies byly i to w duuzych ilosciach - w zyciu nie widzialam tylu przeslodkich szczeniaczkow na raz - i to wszystkie rasowe. Z trudem sie powstrzymalismy by nie zakupic takiej pamiatki. Dobrze ze nie bylo kociakow, bo chyba bym sie nie powstrzymala.
Chatuchak jest generalnie bardzo dobrze zorganizowany - alejki zdaja sie koncentrowac na jednym temacie. Jak byla cala aleja szczeniakow, to kolejna aleja specjalizowala sie we wszelkich akcesoriach dla wyzej wymienionych. Byly aleje porcelany, bizuterii, wyrobow z jedwabiu, knajpek, wyposazenia domu (wyrobow z roznych tkanin), rzezb i figurek no i oczywiscie ciuchow...
Odkrylismy tez fajna lokalna przekaske (chyba nasza ulubiona): piekna dorodna kukurydza (ziarna, nie w kolbach) jest podgrzewana na sporym woku razem z maselkiem ktore sie w miedzyczasie rozpuszcza. Do tego mozna cukier wedle zyczenia i calosc na cieplo trafia do plastikowego kubka jak na piwo. Mmmm, pycha!!! Taka kolacje moglabym jest codziennie.
Po dotarciu w okolice Soi Rambuttri, wieczorem, udalismy sie w celu odreagowania trudow soboty na slynny tajski masaz. Godzinka za 160 BHT, calkiem przyzwoicie :). Bylo bardzo fajnie, choc nie lajtowo. Mnie relaksowala pani, Wiktora na macie obok, mlody chlopiec...;)