sobota - 3.01.2009 - Bangkok - Aranya Prathet - Poipet - Battambang

Pobudka 4.30, o 5.00 juz sie wykwaterowywalismy. Taksowkarz myjacy swoja Toyote Camry (w Bangkoku taksowkami sa tylko Camry) przed wejsciem do Lamphu Guesthouse zaspiewal 200 BHT na dworzec Mo Chit (without meter) ale na szczescie juz za 3 min siedzielismy w taksowce, ktora zgodzila sie wlaczyc taksometr. Wyszlo 95 BHT wiec ponad polowe taniej (a jechalismy ok 20 min wiec szybko). Na dworcu, zgodnie z radami z www.talesofasia.com podeszlismy do okienka 23, jednak nas odeslali do 22. Po upewnieniu sie ze kupujemy bilet do Aranya Prathet na Public Bus (207 BHT czyli ok. 17 zl) uslyszelismy, ze zdazymy jeszcze na 5.40 (a byla 5.33) wiec sie ucieszylismy. Zaraz po wyjsciu do zatoczek pokazal nam sie nasz autobus o zgrabnym numerze 999 (stanowisko 116). Taaa, dworzec naprawde ogromny...:)
Autobus odjechal co prawda 5.50 ale i tak super sprawnie nam wszystko przebiegalo :). Niedlugo po wyruszeniu pan konduktor/bileter/kelner/ochroniarz (wszystko w jednym) rozpoczal on-board service czyli rozdal wszystkim po kubku wody (zafoliowany jak jogurt) i zgrabnym niebieskim pudeleczku, w ktorym znalezlismy 1 muffinka i caly zestaw do robienia kawy (z cukrem i smietanka). Nie wiemy tylko po co to bylo, bo juz goracej wody nie oferowal...:( Jako ze pora byla ciagle jeszcze dosc nocna, to juz nie dociekalismy tylko rozlozylismy siedzenia niemal do pozycji lezacej (pierwszy raz takie w autobusie widzielismy) i poszlismy w kime...Zasypialismy obserwujac zycie Tajow skupione wokol kanalu wzdluz ktorego prowadzila droga przez wieeeele kilometrow. Obudzilismy sie juz w miescie przegranicznym, Aranya Prathet...byla 10.00. Tam pod autobus podjechalo od razu kilku tuktukowcow (Wiktor na szczescie nauczyl sie niemal na pamiec schematu niebanalnego wcale przekraczania granicy tajsko-kambodzanskiej) i od razu wiedzial ze prosto z autobusu trzeba wziac tuktuka za 80BHT do granicy tajskiej oddalonej o 6 km (czemu oni nie buduja miast na granicach, patrz np. Cieszyn), co uczynilismy. No i dosc szybko mielismy rozrywke: nygus tuz przed brama wyjazdowa z Tajlandii (dokad mial nas wlasnie dowiezc) skrecil w prawo w boczna uliczke chcac nas naciagnac na kupienie wizy. Oczywiscie podjechal do chmary jemu podobnych skupionej przy jakiejs budzie....Mimo naszych prosb i informacji ze wizy juz mamy nie zawrocil, tylko pojechal dalej,do rzekomego konsulatu Kambodzy (tak przynajamniej glosil napis na bramie), rowniez w tym samym celu. No wiec gdy jeszcze raz powtorzylismy straznikowi ktory do nas podszedl ze juz mamy wizy, ten dopiero polecil kierowcy zawiezc nas do granicy... O, jak dobrze ze chociaz ta formalnosc dalo sie zalatwic wczesniej w Warszawie i ze to zrobilismy oszczedzajac sobie kolejnego stresu w postaci zakupu wizy na tej koszmarnej granicy... (a o tym tez cale historie czytalismy, ze to dluugie i niefajne przejscie).
Kolo wysadzil nas jakies 300 m przed granica i dalej poszlismy w strone... nieziemskich kolejek... Na szczescie kolejki zlozone byly z Tajow, ktorzy mieli osobna kolejke :). My skierowalismy sie do napisu "foreigners". Tuz przed jakis gosc podszedl do nas (pewno w dobrej wierze) i zapytal: "Where are you going? Cambodia?" i pokazal reka na tabliczke do ktorej juz podchodzilismy... Chcial sie czuc potrzebny pewnie... Ustawilismy sie w kolejce ok 30 obcokrajowcow i juz po 25 min mielismy stempelki wyjazdowe z Tajlandii... Dalej piechota to przejscia granicznego z Kambodza. Jak tylko wyszlismy na droge pierwsze wrazenie bylo dosc piorunujace (myslalam ze takie obrazki sa raczej dla Wietnamu zarezerwowane): ogromna kolejka sporych wozkow, w ktore zaprzezeni bylo b. biedni ludzie, w obdartych, brudnych lachmanach, w roznych nakryciach glowy i szyi (niektorzy w maskach)...wiezli przerozne towary na tych przeladowanych wozkach... Widok takiej biedy, znoju i upodlenia czlowieka wyzwolil w nas jek rozpaczy... Po ok 400 m takich obrazkow i przejsciu przez ogromna brame z napisem Welcome to Cambodia po obu stronach drogi ukazaly sie rzedy hoteli i kasyn (to tutaj przyjezdzaja tlumnie Tajowie stad ta ogromna kolejka). Za nimi mial byc punkt graniczny. Zupelnie nie bylo zadego budynku kontroli granicznej, tylko jakis niewielki barak po prawej stronie z jednym jedynym napisem ARRIVALS. Udalismy sie tam, owszem bylo ze 3 bialych (wypelniajacych jakies kartki), ze 2 panow w mundurach (pomagajacyhc wypelniac kartki) i 2 okienka kompletnie bez jakiegokolwiek napisu. Postalismy tam chwile po czym zgodnie stwierdzilismy ze to nie moze byc punkt graniczny bo ani slowo o tym nie informuje... No wiec wyszlismy i poszlismy sobie piechota dalej... Na rondzie dopadlo do nas ze 3 tuktukowcow czy tez rzekomych przewodnikow i cos tam krzyczeli ze nie wolno nam dalej isc tylko musimy wziac cos do podwiezienia (motor, tuktuk, bus, taxi)... My jednak odporni na takich nacigaczy (i poinformowani na roznych blogach i talesofasia) wiedzielismy ze dopiero po przekroczeniu granicy mamy czyms podjechac okolo 1 km). No wiec suniemy dziarsko do przodu obserwujac malo fajne widoki - przed nami szeroka i dluuuuga droga, nawierzchnia z ziemi, a wiec i tumany kurzu, po oby stronach rozne stragany a wszystko w kolorze biedy.... No tak, to jednak kraj Trzeciego Swiata... Po przejsciu jakichs 400m stwierdzilismy ze cos jest jednak nie tak bo tego przejscia granicznego nie ma... Wiec postanowilismy jednak zawrocic... Dochodzac do ronda wyszedl nam naprzeciw policjant z poleceniem abysmy mu pokazali nasze paszporty. Powiedzielismy ze wlasnie idziemy do granicy (z dosc nietypowej moze strony ale zawsze), wiec na szczescie pokazal nam budynek dokad mamy sie udac. No i byl to wlasnie ow barak, ktory 15 min wczesniej uznalismy ze przejsciem granicznym byc nie moze... Pieknie, weszlismy do Kambodzy bez stempelka - czlowiek sie jednak uczy przez cale zycie... Po otrzymaniu 3 stempelkow, jakis kolo od razu zaczal nam krzyczec ze autobus juz na nas czeka by nas zawiezc na Transport Terminal... No ok, zgodzilismy sie bo wiedzielismy ze tak to tam funkcjonuje - ok 1 km od granicy mialo byc zaglebie taksowkowe (do Siem Reap i Battambang). Autobus jednak nie zatrzymal sie ani po 1 km, ani po 2, ani po 3... Dopiero po jakichs 6 czy 7 km, jak wyjechal na totalne pustkowie naganiacz wskazal nam ze tam w polu jest nowy terminal... Wokol terminala" stalo sporo taksowek. Gdy wysiedlismy, okazalo sie w ogromnej hali zupelnie pustej w srodku jest calkiem sporo Kambodzan i tylko 3 bialych - wiedzielismy ze cos jest nie tak. 2 Australijki mialy wykupiona juz taksowke duzo wczesniej tylko musialy czekac na 2 inne osoby by jechac we 4. Trzecia osoba byl samotny calkiem sympatycznie wygladajacy chlopak. Wiktor do niego podszedl i okazalo sie ze chlopak chce jechac do Phnom Penh (ok 400 km taksowka!!!) i woli przez Battambang niz przez Siem Reap ze wzgledu na duzo lepsza droge. To bylo nam zupelnie po drodze i koniec koncow chlopaki uzgodnili ze my my do Battambang placimy po 10 USD, a on 25 USD. Super - cena wyszla zgodna z przewidywaniami, ale chyba tylko dlatego, ze jak sie pozniej okazalo kierowca jechal z zona i coreczka do domu czyli do stolicy wlasnie. Co ciekawsze - calosc negocjacji i formalnosc zalatwialo sie przy stoliku w hali, a nie widzielismy by kierowca dostal cokolwiek do reki... Wsiedlismy wszyscy do Camry (pani zona i coreczka z przodu) i wyjechalismy na calkiem nowa, fajna droge...:) Nathaniel okazal sie bardzo fajnym gosciem, z ktorym ze sporym obopolnym entuzjazmem przegadalismy cala droge, ktora nam minela baaardzo szybko. Droga tez byla bardzo OK (pewnie dlatego, ze nowa). Po wymienieniu sie mailami, o 13.00 kierowca wysadzil nas... gdzies w Battambang. Ale nie ma sie co martwic - jeszcze nie zdazylismy wyjac przewodnika z placaka by odszukac na mapce nasze aktualne polozenie, a juz 2 panow na motorkach podjechalo i oferowalo nam podwiezienie i nocleg w hotelu Chhaya. Po sprawdzeniu w przewodniku co pisza o tym hotelu postanowilismy przynajmniej rzucic okiem. Jeden pan wzial moj plecak przed siebie, ja siadlam z tylu, a Wiktor ze swoim plecakiem na plecakach siadl u drugiego pana... Pierwszy raz jechalismy w ten sposob na motorach ;). Po przywiezieniu na miejsce wybralismy pokoj jasny (na 3 pietrze), poswiecajac ciepla wode (taki wypas niestety oferowal pokoj z oknem na korytarz=ciemno). Ale za to 5 USD za caly pokoj, wiec milo :). Chyba pierwszy nasz taki tani nocleg. Pan od motorku poszedl z nami do pokoju i zaczal opowiesc gdzie to on nas moze nie zawiezc, ale dal spora cene za 3 h zwiedzania, wiec jednak postanowilismy skorzystac z opcji rowerkow. I zawiezlismy sie za miasto na przejazdzke Bamboo Train czyli stara kolejke bambusowa. Niezla przygoda - na waskich torach panowie klada 2 osie zelaznymi kolkami, na to bambusowa platformie i silniczek i wioza do oddalonej o ok 7 km wioski gdzie wypala sie cegly. Stan szyn - oplakany (podobnie jak naszych siedzen po przejazdzce), ale zabawa naprawde przednia. Trasa prowadzi wsrod pol ryzowych, a ze wlasnie jest czas zbiorow, to mielismy okazje poprzygladac sie jak wyglada zbior ryzu... sierpem. Jeszcze lepsza przygoda jest gdy z naprzeciwka nadjezdza wracajacy wlasnie Bamboo Train - jeden z pojazdow trzeba rozebrac - zasada jest taka, ze jest to ten ktory jest mniej zapakowany. A ze na naszej platformie wiezlismy tez i rowery, to zazwyczaj my bylismy bardziej zapakowani :). To byly tez nasze pierwsze godziny z Kambodzanczykami. Niesamowici sa ci ludzie - pomimo ogromnej biedy, zycia w rozlatujacych sie szopach (kolejka odjezdzala z bardzo biednej wioski) sa bardzo pogodnymi ludzmi. Na nasz widok wszyscy sie usmiechaja, dzieci wybiegaja z domow i krzycza z wielkim szczesciem HELLO!!! Strasznie to naprawde mile i powoduje, ze czlowiek naprawde niesamowicie sie dobrze czuje tak daleko od domu. I duzo sie tez uczymy - no. jak majac tak niewiele, mozna byc takim szczesliwym, zyczliwym i serdecznym.
Wracajac z niecodziennej przejazdzki, na skwerze w Battambangu zobaczyslimy open-door aerobic. Tez niezla osobliwosc: spore calkiem grupy pan skacza na dworze przy muzyce ktora puszcza zazwyczaj jakis pan i owe podrygi prowadzi... Podobno lokalesow kosztuje do 500 rieli na caly wieczor (1 USD to 4000 rieli).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz