sroda - 14.01.2009 - Can Tho - Ha Tien - Kep

Dzien zaczelismy od dosc wczesnej pobudki o 6.00 i wizyty na targu wodnym Cai Rang. Poplynelismy oczywiscie long boatem (dzonka). Ludzie z lodek handluja tam glownie warzywami i owocami. Wokol kraza lodki z jedzeniem i piciem. Po przeladowaniu worow z ryzem lub setek ananasow mniejsze lodeczki wplywaja w kanaly i zawoza zapasy do swoich wiosek. Ciekawe jest zycie na Mekongu... Nastepnie zwiedzilismy mlockarnie ryzu, poznalismy wszystkie stadia otrzymywania tego kluczowego w tej czesci swiata zboza. Spore wrazenie na nas zrobilo wytwarzanie makaronu ryzowego. W malej fabryczce pod dachem z lisci palmowych uwija sie ok 10 osob. Jedna z nich z polamanych ziaren ryzowych uzyskuje maczke i po zmieszaniu z kassawa i woda, otrzymuje plynne ciasto. Kolejne osoby zajmuja sie wypiekiem ciasta. Na spore materialowe plachty podgrzewane para wodna ciasto jest wylewane jak na nalesniki. Pieczenie trwa ok minuty po czym "nalesnik" jest przenoszony na bambusowe nosze i wynoszony do wyschniecia na sloncu. Wyschniete placki sa przepuszczane przez reczna maszynke ktora wypluwa gotowy makaron.
Zwiedzilismy tez rzekomy most malp - most bambusowy przewieszony przez jeden z kanalkow. Na moscie nie bylo ani jednej malpy, ale za to atrakcja bylo przejscie przez niego. Tutaj tez sie czesciowo skapalem w Mekongu :) przy robieniu zdjec, nie wszystkie tyczki bambusowe sa tak mocne na jakie wygladaja. W polowie dnia odlaczylismy sie od grupy i w tym momencie zaczal sie nasz wyscig z czasem. Jeszcze tego dnia chcielismy sie dostac do Kep w Kambodzy. Najpierw dostalismy sie na dworzec autobusowy, gdzie na minute przed odjazdem zapakowalismy sie do lokalnego minibusa do Ha Tien przez Rach Gia. Dystans 206 km. Cena 80 000 dongow/os
(ok. 5$). Niestety musielismy doplacic za 3 miejsce, ktore zajmowaly nasze plecaki. W Ha Tien znalezlismy sie o dziwo w miare punktualnie, bo tuz po 17.00. Podroz te bedziemy na pewno dlugo wspominac, gdyz jeszcze w zadnym srodku transportu nas tak nie wytrzeslo. Mosty nad kanalami sa doslownie co kilometr, a tutaj nie potrafia zbudowac mostu, na ktory by sie plynnie wjezdzalo. Przy kazdym takim wjezdzie cala zawartosc minibusa poskakiwala o ok 10 cm nad siedzeniami. Wyprzedzanie na waskich drogach tego rejonu z mnostwem motorkow (czego by innego) to prawdziwy rollercoaster. Kierowca naszego busika czul respekt jedynie przed ciezarowkami i innymi samochodami. Na dworcu w Ha Tien wynegocjowalismy cene po 40 000 dongow (2.5 USD) za motorek z kierowca do granicy w Xa Xia. Na granicy bylismy przed 18.00. Po stronie wietnamskiej poszlo dosc sprawnie, choc pan ogladal nasze paszporty z wietnamska dokladnoscia. Ku naszemu zdzwieniu nasi panowie na motorkach dzierzacy dzielnie caly czas nasze plecaki spokojnie przeszli z nami przez granice i podwiezli nas jeszcze do odprawy kambodzanskiej. Tu nas spotkalo kolejne zdziwienie. Budka z napisem Visa Office zamknieta, a panowie ktorzy stali w poblizu nie przypominali celnikow. Byla godzina 18.00, okazalo sie ze granica jest czynna do 17.00. Na szczescie panowie celnicy byli bardzo pomocni i wystawili nam wizy kambodzanskie oraz wbili stempelki wjazdowe, tlumaczac sie, czemu nie maja juz na sobie uniformow :). Koszt wizy 25 USD (powinno byc 20 USD), ale i tak bylismy szczesliwi, ze wjechalismy do Kambodzy. A panowie na motorkach (Wietnamczycy) caly czas czekali... Zaproponowali nam kolejne 10 USD za osobe za zawiezienie nas do Kepu. Mielismy jeszcze w opcji samochod kolegi celnika za 30 USD, wiec po krotkich negocjacjach zdecydowalismy sie na motorki za 9 USD za osobe. Te podroz tez na dlugo zapamietamy. 50 km po nieasfaltowanych drogach Kambodzy po ciemku, w kurzu i pyle na motorach. 1,5h - jakos dalismy rade. Na szczescie kierowcy wzieli nasze ciezkie plecaki przed siebie. W Kepie bylismy o 20.00. Znalezlismy bardzo fajny nocleg w Botanica Guest House, bungalow za 8 USD. Po trudach calego dnia zamieszkalismy w prawdziwym ogrodzie botanicznym. Tego wieczora poznalismy dwojke Holendrow - Fransa i Fride, zwiedzajacych caly polwysep indochinski na rowerach. Gdy ich spotkalismy mieli na liczniku juz 2500 km przez 5 tygodni (Tajlandia, Laos, Kambodza). Zagralismy w bilarda Polska - Holandia rozmawiajac duzo o logistyce i wrazeniach z takiej wyprawy rowerowej i zainspirowani na kolejna podroz poszlismy spac...

2 komentarze:

  1. 50 km w 1,5h? Na rowerach byłoby szybciej :)
    Fajnie się was czyta - jestem stałym bywalcem bloga. U nas dziś prawie wiosna - temperatura w granicach 0.
    Tylko bardzo proszę nie zgubić fotek.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  2. hej,
    wlasnie wygooglalam Wasz blog i jestem Wam niezmiernie wdzieczna, ze go piszecie! Przeczytalam na razie tylko ta notke ale widac, ze podazam Waszymi sladami. Wlasnie jestem w Ha Tian i jutro lub pojutrze bede przebijac sie przez kambodzanska granice. Dzieki Waszemu opisowi wiem wstepnie mniej wiecej co mnie czeka.
    Wielkie dzieki raz jeszcze! Bede sledzic wasza podroz ;)

    OdpowiedzUsuń