niedziela - 4.01.2009 - Battambang - Siem Reap

Wczoraj wieczorem wykupilismy rejs lodzia (tzw. long boat) az do Siem Reap. Dzisiaj znowu mielismy wczesna pobudke. Zbiorka o 6.30 i darmowy busik nas wiezie do na przystan. Tuz przede zapakowaniem sie do busika Aga pobiegla do piekarni i kupila pyszne bagietki i sporo innych piekarnianych wynalazkow. Na lodzi bylismy jedni z pierwszych wiec soie zajelismy dobre miejsca z przodu. Do godziny 7.00 zebralo sie bardzo duzo bialych, tak ze wolnych siedzacych miejsc juz nie bylo. Czesc z nich musiala zajac miejsca na dachu. Po 7.00 dodatkowo jeszcze na lodke zaladowala sie grupa lokalesow wraz z inwentarzem (na szczescie glownie w postaci workow z ryzem, torby miesa, owocow i innych dobr). W sumie naliczylismy ok 70 osob. Dla porownania przewodnik Lonely Planet mowi o 25-40 osob na lodce, przy czym 25 to norma w porze suchej, gdy poziom wody jest niski. Nie musze dodawac, ze jestesmy tu w porze suchej...
Trasa prowadzi rzeka Sangker River, nastepnie przez jezioro Tonle Sap. W prostej linii z Battambang do Siem Reap jest ok 80 km, droga (szosa to tego czegos sie nie da nazwac) 117 km. Mysle, ze rzeka to podobny dystans, bo na mapie rzeka bardzo kluczy, o czym mielismy sie przekonac juz niedlugo. Ale po kolei.
Poczatkowo rzeka prowadzila przez zamieszkale okolice Battambang, gdzie brzeg jest wysoki a domy budowane na palach. Rzeka szeroka na jakies 20-25 m. W miare jak plynelismy brzeg sie obnizal i naszym oczom zaczely sie okazywac pola ryzowe. Bieda w tych rejonach az piszczy. Domy, ktore nawet ciezko nazwac domami, bo to raczej sterty bali bambusowych z dachem ze wszystkiego co sie mieszkancom udalo znalezc.
Po rozwudleniu rzek wplynelismy na tereny podmokle a szerokosc rzeki zmniejszyla sie do 10 metrow. Tutaj ludzie zyja juz tylko i wylacznie w domach-lodkach. Gdzieniegdzie widzielismy wielkie rusztowania z sieciami rybackimi. Meandry rzeki w niektorych miejscach byly tak ostre (zakrety 180 stopni) a zarazem bylo tak wasko (ok 5 m), ze lodz nie dawala rady skrecic na raz. Obsluga pomagala wioslami.
W pewnym momencie wplynelismy w tak waski i plytki kanal, ze wszyscy mielismy watpliwosci czy tam nie utkniemy. Kanal, po bokach zarosniety krzakami, byl szerokosci naszej lodzi. Silnik cala naprzod, ale lodz jakos sie nie rwie. Od czasu do czasu zahaczalismy o dno. Ostatecznie jakos udalo sie przeplynac na jezioro.
Po drodze mielismy jeszcze przystanek na ananasa. Po 7 godzinach wyplynelismy wreszcie na jezioro. Nie musze dodawac, ze miejsca na dolnym pokladzie dosc szybko opuscilismy bo z dachu bylo o wiele wiecej widac. Widzielismy np. czesciowo przykryty woda spetryfikowany las. Las ow zawsze w porze monsunu znajduje sie pod woda. Nie zapomniany widok to rowniez slynne plywajace wioski.
Na przystani w Siem Reap bylismy o 16.30 czyli po 8,5 godzinie, jak okresla Lonely Planet, najbardziej spektakularnego rejsu w Kambodzy. Trudno sie z nim nie zgodzic. :)
Jeszcze zanim lodka przybila do brzegu chmara kierowcow tuk-tukow, rzucila sie na poklad z tekstem "One dollar to town". Po okolo godzinie znalezlismy hotelik na 1 noc, ktory nastepnego dnia postanowilismy zmienic na bardzo przyjemny Red Lodge - niedaleko centrum. 7 USD za pokoj wraz ze sniadaniem i darmowymi rowerami (niektorzy czekali na ten news :))
Specjalnie nie zwlekajac wsiedlismy na rowery i pojechalismy do oddalonego o 6,5km Angkoru, aby jeszcze dzisiaj kupic 3-dniowe bilety i obejrzec zachod slonca. Niestety spoznilismy sie o 15 minut. Wieczorkiem zrobilismy jeszcze maly rekonesans po Siem Reap i sprobowalismy jednego z typowych dan kuchni khmerskiej - Khmer Green Curry w restauracji Khmer Kitchen (3 USD czyli 12000 rieli).
Dygresja: dzieci w tym kraju sa niesamowite. Te ze wsi sa bezbronne i niewinne, prawie wszystkie radosne. Usmiechy niektorych wrecz rozkladaja najwiekszych twardzieli na lopatki...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz