piatek - 23.01.2009 - Koh Chang - Bangkok

Poprzedniego dnia wieczorem zakupilismy bilety na autobus do Bangkoku. W malutkim biurze podrozy/kafejce internetowej jakies 22 metry od naszego bugalowu (czyli po drugiej stronie uliczki). Tym razem nietypowo bo nie bylo "free pick-up" tylko trzeba bylo podjechac zbiorowa taksowka pick-upowa do przystani promowej. Dobrze ze ruszylismy z naszej Lonely Beach ponad godzine przed planowanym odplynieciem promu, bo chetnych na taksowke bylo duzo. Jakby wiekszosc Koh Changowych plażowiczów też tego dnia konczylo wakacje. Dotarlismy do przystani po raz ostatni wspinajac sie po niebagatelnych serpentynach koczangowych, ktore dlugo bedziemy wspominac jako naturalny roller-coaster. Nasze bilety w 2 strony, zakupiony przy przyjezdzie, na ten prom nie dzialaly wiec trzeba bylo kupic kolejne :(. Logistycznie bylo to o tyle proste ze bilety kontrolowali i sprzedawali dosc liczni nastolatkowie szczelnie sprawdzajac bardzo szerokie wejscie na prom. Po dopłynieciu do przystani Thammachart Bay (z Center Point Pier) drobne zaskoczenie. Od razu nas skierowano do stoiska z mlodymi dziewczynami, ktore stwierdzily, ze na wykupiony przez nas autobus musimy czekac okolo godziny, ale jesli chcemy to mozemy pojechac za ta sama cene klimatyzowanym busem, ktory odjezdza za 10 min. Zgodzilismy sie. Zostalismy wobec tego oznaczeni smiesznymi zoltymi koleczkami z numerem 1 przylepionymi do piersi. Po tych 10 minutach oczekiwania zaproszono nas do busika, ktory... wygladal na nowiutki, przestronny busik klasy VIPowskiej wyzszej. No nie do takich standardow nas przyzwyczaila Kambodza... Ostatecznie byl to najbardziej luksusowy transport w ciagu naszej calej wyprawy. mnostwo miejsca na nogi, szerokie siedzenia, klima idealna (nie za zimno). W Bangkoku wyladowalismy przed 17.00 przy samym Kao San wiec jeszcze bardziej super. Udalismy sie do naszego ulubionego Lamphu Guest House z cieniem nadziei, ze przyjma nas dobe wczesniej (mielismy oplacone od nastepnego dnia dopiero). Owszem, zgodzili sie... przechowac nasze plecaki jak bedziemy szukac sobie noclegu. Znalezlismy mniej komfortowy ale za to sporo tanszy (250 BHT) guest house tuz za rogiem, z lezyskami (w odroznieniu od siedzisk) w restauracyjce na dole. Z nieukrywana przyjemnoscia zjedlismy kolacje u ulicznych znajomych szefów kuchni i z dzika rozkosza zaraz po kolacji pobieglismy na najlepsze shake'i w calych Indochinach: na poczatku Soi Rambuttri przy SevenEleven. Charakterystycznie krotko scieta (nietypowe dla Tajek) mloda pani przywitala nas swoim usmiechem a my sie poczulismy... prawie jak w domu :). Po sprawdzeniu roznych kombinacji stwierdzilismy ze najfajniejsze to te z mango i czyms drugim...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz