piatek - 23.01.2009 - Koh Chang - Bangkok

Poprzedniego dnia wieczorem zakupilismy bilety na autobus do Bangkoku. W malutkim biurze podrozy/kafejce internetowej jakies 22 metry od naszego bugalowu (czyli po drugiej stronie uliczki). Tym razem nietypowo bo nie bylo "free pick-up" tylko trzeba bylo podjechac zbiorowa taksowka pick-upowa do przystani promowej. Dobrze ze ruszylismy z naszej Lonely Beach ponad godzine przed planowanym odplynieciem promu, bo chetnych na taksowke bylo duzo. Jakby wiekszosc Koh Changowych plażowiczów też tego dnia konczylo wakacje. Dotarlismy do przystani po raz ostatni wspinajac sie po niebagatelnych serpentynach koczangowych, ktore dlugo bedziemy wspominac jako naturalny roller-coaster. Nasze bilety w 2 strony, zakupiony przy przyjezdzie, na ten prom nie dzialaly wiec trzeba bylo kupic kolejne :(. Logistycznie bylo to o tyle proste ze bilety kontrolowali i sprzedawali dosc liczni nastolatkowie szczelnie sprawdzajac bardzo szerokie wejscie na prom. Po dopłynieciu do przystani Thammachart Bay (z Center Point Pier) drobne zaskoczenie. Od razu nas skierowano do stoiska z mlodymi dziewczynami, ktore stwierdzily, ze na wykupiony przez nas autobus musimy czekac okolo godziny, ale jesli chcemy to mozemy pojechac za ta sama cene klimatyzowanym busem, ktory odjezdza za 10 min. Zgodzilismy sie. Zostalismy wobec tego oznaczeni smiesznymi zoltymi koleczkami z numerem 1 przylepionymi do piersi. Po tych 10 minutach oczekiwania zaproszono nas do busika, ktory... wygladal na nowiutki, przestronny busik klasy VIPowskiej wyzszej. No nie do takich standardow nas przyzwyczaila Kambodza... Ostatecznie byl to najbardziej luksusowy transport w ciagu naszej calej wyprawy. mnostwo miejsca na nogi, szerokie siedzenia, klima idealna (nie za zimno). W Bangkoku wyladowalismy przed 17.00 przy samym Kao San wiec jeszcze bardziej super. Udalismy sie do naszego ulubionego Lamphu Guest House z cieniem nadziei, ze przyjma nas dobe wczesniej (mielismy oplacone od nastepnego dnia dopiero). Owszem, zgodzili sie... przechowac nasze plecaki jak bedziemy szukac sobie noclegu. Znalezlismy mniej komfortowy ale za to sporo tanszy (250 BHT) guest house tuz za rogiem, z lezyskami (w odroznieniu od siedzisk) w restauracyjce na dole. Z nieukrywana przyjemnoscia zjedlismy kolacje u ulicznych znajomych szefów kuchni i z dzika rozkosza zaraz po kolacji pobieglismy na najlepsze shake'i w calych Indochinach: na poczatku Soi Rambuttri przy SevenEleven. Charakterystycznie krotko scieta (nietypowe dla Tajek) mloda pani przywitala nas swoim usmiechem a my sie poczulismy... prawie jak w domu :). Po sprawdzeniu roznych kombinacji stwierdzilismy ze najfajniejsze to te z mango i czyms drugim...

czwartek - 22.01.2009 - Koh Chang i wiele innych wysepek

Rzeski poranek, spiew ptakow, sniadanie, pick-up, stateczek, maska, rurka, turkusowa woda, kolorowe ryby, rafa koralowa, rajskie wysepki, piekne piaszczyste plaze, rafa koralowa, pyszny lunch tajsko-wloski, snorkelling, rafa koralowa, relaks, opalanie, ksiazka, gry logiczne, piwko, wieczorny chillout w barze na plazy, pyszne tajskie jedzonko i ostatni juz zachod slonca nad oceanem...

sroda - 21.01.2009 - Koh Maak - Koh Chang

Z samego rana, czyli jeszcze przed 8.00 wypozyczylismy rowery i pojechalismy na rekonesans calej wyspy (16 km2). Zycie na wysepce toczy sie bardzo powoli. Wsrod pojazdow dominuja pick-upy, ktore pamietaja jeszcze zapewne lata 60. Na 500 stalych mieszkancow wyspy jest jedna szkola i piekny pozlacany budda, godzien Bangkoku.
Wyspa porosnieta jest dzungla, palmami kokosowymi i starymi plantacjami kauczukowcow. Na koniec wycieczki dotarlismy na polnocno-zachodnia plaze, ktora okazala sie taka o jakiej marzylismy, i na ktora chcielismy dotrzec juz od poczatku naszej wyprawy. Specjalnie sie nie zastanawiajac wskoczylismy do wody. Mimo, ze byla dopiero 10.00 rano, zar z nieba lal sie niemilosierny i bylo z czego sie chlodzic.
Lodke powrotna mielismy o 12.00. Tym razem juz nieco tanszy i wolniejszy wooden boat, ale plynelo sie bardzo przyjemnie znow meandrujac miedzy tajskimi wysepkami, z dwoma przystankami na Koh Wai (malenka, ale bardzo mila wysepka).
Po dostaniu sie na Koh Chang wypozyczylismy motor i udalismy sie na zrealizowanie naszych pragnien, tym razem indywidualnie. Wiktor wypozyczyl sobie porzadny gorski rower (Trek) i posmigal 2h po calkiem gorzystym Koh Changu. Wreszcie prawdziwy trening! Niektore podjazdy mialy 25-30 stopni nachylenia. Samochody i motory podjezdzaly z niemalym trudem. Aga tymczasem wybrala sie na dwugodzinny Trek...king do dzungli na sloniu. Podczas wyprawy przez ok 15 minut jechala sama na sloniu a przewodnik biegal i pstrykal jej zdjecia. Pod koniec wycieczki miala miejsce kapiel w jeziorze razem ze sloniem :) Ale byla zabawa!!!
Wieczorem zrobilismy sobie odmiane od tajskiego jedzenia i zarzucilimy meksykanska fajite i enchiladas :)

wtorek - 20.01.2009 - Koh Chang - Koh Maak

W czasie leniwego poranka udalo nam sie obliczyc ze jesli dzis nie pojedziemy na piekna wyspe Koh Maak to juz nie zdazymy... A wiec niewiele dluzej zwlekajac kupilimsy bilety na speedboata i po szybkim spakowaniu sie juz o 11.30 siedzielismy w pick-upie wiozacym nas na przystan na poludniu Koh Chang czyli w miejscowosci Bang Bao. Speedboat byl naprawde szybki - o malo nam glow nie urwalo, ale z drugiej strony spora przyjemnosc smigac szybko miedzy licznymi wysepkami Zatoki Tajskiej i fajne nowe doswiadczenie. Lodz napedzana dwoma silnikami V6 Yamaha dawala rade. :O
Dotarlismy na poludniowa czesc Koh Maak wysiadajac z lodzi prosto do wody (nie bylo pomostu). Znalezlismy sobie calkiem fajny bungalow (700 BHT) i udalismy sie na zasluzony obiad.
Potem poltorej godziny kajaczkow. Mielismy zamiar przedostac sie na wydawalo sie niedaleka sasiednia wysepke, jednak po odplynieciu ok 200 metrow od brzegu, okazalo sie, ze fajne sa jednak wieksze niz myslelismy totez zdecydowalismy sie poplywac nasza lupinka wzdluz brzegow Koh Maak. Wody oblewajace ta wyspe sa niesamowicie przezroczyste (jak w basenie) tak ze czasami trudno oszacowac glebokosc.
Potem pogralismy sobie w siatkowke plazowa i spacerowalismy bezludnymi plazami podziwiajac zachod slonca. Wieczorem wybralismy sie do pobliskiego "Food garden", ktory otwieral sie dopiero o 18.00. Byla to jedna z najfajniejszych i najbardziej romantycznych kolacji w naszym zyciu. Restauracja zorganizowana w pieknym ogrodzie, stoliki i laweczki z egzotycznego drewna. Wszystko pod palmami i przepieknie ugwiezdzonym niebem. Owoce morza wystawione byly na duzym stole obok sporego grilla. Palcem pokazywalismy co bysmy chcieli aby nam przyrzadzono. Wybralismy swiezo zlowione: rybe, 3 gigantyczne krewetki, szaszlyk z kurczaka, jedna muszle z zawartoscia oraz kolbe kukurydzy i warzywa. Jak sie za niedlugo okazalo: palce lizac! Do tego obowiazkowo calkiem niezle tutejsze piwko Singha. Wieczor zakonczylismy ogladajac pokaz ogni na plazy w barze Talay, korzystajac z happy hour na drinki :)

poniedzialek - 19.01.2009 - Koh Chang

Dzien stal pod znakiem zwiedzania wyspy wypozyczonym motorkiem. Najpierw zwiedzilismy plaze wzdluz zachodniego wybrzeza, w tym najwieksza White Sand Beach. Niestety miala nie wiecej niz 2 km i byla bardzo waska. Przespacerowalismy sie cala dlugoscia. White Sand Beach jest zdecydowanie bardziej skomercjalizowana niz Lonely Beach, wiec jesli ktos poszukuje troche spokojniejszego miejsca, to powinien wybrac plaze poludniowa. My sie cieszymy, ze jestesmy wlasnie w jej poblizu.
Motorkiem nastepnie przejechalismy na druga strone wyspy i spedzilismy troche czasu nad jednym z wodospadow (Tha Mayom). Fajne spokojne miejsce.
Dalej skierowalismy sie na poludniowo wschodni kraniec w poszukiwaniu znanego miejsca do plywania na kajakach. Okazalo sie, ze jest odplyw i plywanie kajakiem po naturalnych kanalach w poblizu urokliwej zatoki jest teraz mozliwe tylko do poludnia. My bylismy juz ok 15.00. Co ciekawe, pan z obslugi wypozyczalni sprawdzal poziom wody w zatoce w specjalnej ksiedze, zawierajacej tabele w podziale na dni godziny i fazy ksiezyca.
Przed zmrokiem wrocilismy do naszej Lonely Beach. Okazalo sie, ze motorem tego dnia przejechalismy 100 km!
Na kolacje wybralismy sie do pobliskiej knajpki Burrio Bonito, ktora z ulicy wygladala niepozornie. Knajpka byla polozona na zboczu, wiec w miare jak wchodzilismy wyzej, naszym oczom ukazywalo sie coraz ciekawsze obrazy. Knajpka ma basen, stol do bilarda, bardzo klimatyczne miejsca do siedzenia/lezenia. Poza tym oferuje tez pokoje. Prowadzi ja od zeszlego roku Francuz wraz z zona Meksykanka. Oboje mniej wiecej w naszym wieku. Atmosfere tworzy dodatkowo bardzo fajna soulowa muzyka. To chyba bedzie nasze ulubione miejsce na wieczor. Tym bardziej, ze dokonalam tam rzeczy niesamowitej: ogralam Wiktora w bilarda, 3:2!!! Wiekopomna chwila!

niedziela - 18.01.2009 - Koh Chang

Rankiem okazalo sie, ze mieszkamy w przepieknym miejscu. Najlepiej oddadza to zdjecia a jeszcze lepiej film... Calosc polozona jest po wieloma baaardzo wysokimi palmami, a kazdy skrawek ziemi jest pieknie zagospodarowany mniejszymi lub wiekszymi roslinami, do domkow dochodzi sie albo na pomostach albo na betonowej sciezce.
Dzisiaj mimo braku potrzeby wczesnego wstawania, obudzilismy sie sporo przed 8.00. Po krotkim rekonesansie w wiosce w poblizu Lonely Beach, poszlismy nad morze. Lonely Beach juz nie jest lonely, ale tez nie jest wcale bardzo zatloczona. Do plazy przylegaja 4 spore kompleksy bungalowow z czego 2 sa dosc luksusowe. Cala plaza ma moze z kilometr, wiec rowniez nie za wiele, ale jest urocza. Taka prawie pocztowkowa z palmami, turkusowa woda itp.
Na slonce sie specjalnie nie chcemy wystawiac, wiec znalezlismy miejscowke pod palma, patrzec wczesniej czy sa jeszcze na niej kokosy. Taki kokos lecacy z wysokosci 12m moze zrobic kuku.
Z uwagi na wielkosc plazy, to dwugodzinnych spacerow brzegiem tez sie nie da robic. Do glownych atrakcji mozna zaliczyc kajaki, ktore jutro sobie planujemy wypozyczyc jak starczy czasu. Generalnie na plazy jest atmosfera dosc luzacka. Z knajpek leci nie za glosna muzyka, ktos gra na gitarze, niektorzy czytaja lub sie smaza. Jak to plaza. Przewazaja Skandynawowie i Holendrzy. Wiemy, ze w naszych bungalowach zatrzymali sie 2 Polacy, ale na razie nie udalo nam sie z nimi spotkac.
Po poludniu wynajelismy sobie motor (Suzuki 125cc), ktorym pojechalismy na polnoc wyspy. Lonely Beach (a wlasciwie Hat Tha Nam) jest na najbardziej zagospodarowanym zachodnim wybrzezu w jego poludniowej czesci. W przeciwienstwie do White Sand Beach (Hat Khai Sao) i Kai Bae, jest dosc spokojna i ze slabiej rozwinieta infrastruktura turystyczna, ale jak najbardziej w pelni wystarczajaca.

sobota - 17.01.2009 - Kampot - Koh Chang

Zaczelismy dzien niestety niezbyt fortunnie bo zatruciem pokarmowym Agi... Zastanawialismy sie w ogole czy jechac w takim ukladzie, ale tuz przed wyjsciem z Guest Housu wydawalo sie juz po wiekszosci wydarzen, wiec jednak nie stawialismy naszych planow na glowie. Poza tym pomyslelismy ze w razie czego to jednak w Tajlandii do ktorej wlasnie chcemy sie dostac, bedzie lepsza pomoc medyczna...
Jak probowalismy zaplacic za hotel (co nigdy nie dzieje sie od reki, nikt tu sie nie spieszy ani niczym nie przejmuje) podjechal nasz tuktuk, ktory mial nas zabrac na dworzec. W recepcji tak sie grzebali ze zaniedlugo podjechal i sam mini-van ktorym mielismy jechac ok. 4,5h do granicy. To co ujrzelismy... po prostu nie moglismy uwierzyc ze TYM CZYMS mamy jechac... Po kilkakrotnym upewnieniu sie, ze to jednak TO, panowie ochoczo wzieli sie do wkladania naszych plecakow na dach, na ktorym jak sie pozniej okazalo znalazlo sie wiele innych jeszcze...obiektow. Pojazd wygladal mniej wiecej jakby po jakiejs 30-letniej eksploatacji przestal jeszcze z 20 lat na zlomowisku... a wiec nie bardzo mial prawo jezdzic... w srodku brud na siedzeniach jakiego jeszcze nie mielismy okazji doswiadczyc (a juz troche czasu w Kambodzy spedzilismy) wraz z towarzyszacym odpowiednim smrodkiem wewnatrz. A propos wewnatrz: z busika wygladalo nas duuuzo par oczu... juz duzo za duzo jak na nominalne przeznaczenie producenta busika. Bez wzledu na plec czy wiek (od lat 2 do ok. 60) wszystkie pary oczy wyraznie sie ozywily i ucieszyly na nasz widok. I tu nastapil moment kolejnego zawahania - zanosilo sie, ze temperatura na zewnatrz (byla 9 rano) solidnie przekroczy 30 st a busik na klimatyzowany jednak nie wygladal...Poniewaz slyszelismy ze jednak w takich warunkach sie jezdzi w tej czesci Kambodzy to czekanie do nastepnego dnia w celu poprawy jakosci uslugi transportowej nie mialo wiekszego sensu... Usiedlismy kolo dwoch niezmiernie uradowanych panow, ktorzy zrobili miejsca kolo siebie ile mogli (czyli ok.1,5). Przy czym ja siedzialam pomiedzy rozkladanym siedzeniem a kanapka. Naliczylismy 16 osob (na nominalne 10). Ruszylismy. Aby po ok 300 m zatrzymac sie i .... dopakowac kolejne 4 osoby. Panowie mocno sie glowili jak to zrobic i z tego calego zamieszania udalo nam sie wynegocjowac cala kanapke dla siebie. I tak bylo bardzo ciasno, w szczegolnosci przy wzroscie Wiktora... Reszte ludzi poupychali w inne miejsca i suma sumarum odjechalismy z 20 osobami na 10 miejscach oraz dodatkowo 2 panami z obslugi (bagazu i innych) NA DACHU!!! Nie moglismy uwierzyc, ze oni faktycznie tak jada dopoki nie zobaczylismy ich cienia...masakra jakas. Ale chyba dla nich to norma. Nikt jakos nie wygladal na specjalnie zmartwionego. Kambodzanie zmartwieni? To zupelnie niemozliwe...Chociaz raz wyjatek stanowil kierowca tuktuka ktory wiozl nas z przystani na jeziorze Tonle Sap kolo Siem Reap do guest housu i jak na jego oferte calodziennego wozenia nas po swiatyniach Angkoru odpowiedzielismy ze raczej chcemy sobie rowery wypozyczyc to sie wyraznie zmartwil...
No ale wracajac do naszej hardcorowej podrozy... Okazalo sie ze pan kierowca jedzie calkiem sprawnie, a droga nawet nie ma dziur. Slyszelismy ze w 2008 mieli oddac 4 mosty, ktore
bardzo usprawnily przemieszczanie sie po wybrzezu Kambodzy i na szczescie okazalo sie to prawda. Zatrzymalismy sie tylko raz na ok 15 minutowe sniadanie, na ktore wszyscy Kambodzanie zjedli zupe lub ryz z warzywami i po misternym zapakowaniu sie pojechalismy dalej. Mielismy okazje jechac przez jedyne gory z Kambodzy zwane Cardamom Mountains. Porosniete sa lasami tropikalnymi, na skraju ktorego bardzo gesto bo co ok 200 m stoja znaczki z napisem z stylu "wejscie do lasu grozi spotkaniem z tygrysem" (bylo po kambodzansku i angielsku). Wypatrywalismy jakiegos usilnie, ale chyba juz byly po sniadaniu... Busik roznie sobie radzil po stromych czasami podjazdach, ale na szczescie wysiadac ani rozladowywac niemalego bagazu z dachu (m.in ryz, cukier w worach) nie bylo potrzeby. Juz po 13 przywidal nas dlugo wypatrywany napis Koh Kong. Jest to miasteczko ok 10 km przed granica, ale my wykupilismy przejazd do miejscowosc Hat Lek czyli do samej granicy. Na pierwszym skrzyzowaniu w Koh Kong busik sie zatrzymal i chmara lokalesow podbiegla do naszego okna krzyczac ze dalej musimy wziac moto do granicy. Ani nam sie snilo, pokazalismy bilety ze mamy oplacone az do Hat Lek i powiedzielismy ze nie wysiadamy. Po wypakowaniu czesci bagazy busik ruszyl dalej. Po ok 500 m cala sytuacja sie powtorzyla. Kolejni kierowcy motorow do nas podbiegli i krzyczeli ze musimy wysiadac i jechac dalej motorami. Jak powiedzielismy ze mamy oplacone zawiezienie do Hat Lek zaczeli przebakiwac ze zabiora nas za darmo.Zasiegnelismy jezyka u chlopaka w naszym busie wygladajaceog na czystego i kumatego ktory wytlumaczyl nam ze bus jedzie do granicy ale najpierw musi porozwozic wszystkich i wszystko po okolicy i to zajmie okolo pol h. Zastanawialismy sie co robic bo wysiadajac z busa (na temat ktorego sprzedawca zapewnial nas ze jest to bezposredni transport do granicy) i oddajac sie w rece kierowcow motorow raczej bedziemy musieli jeszcze raz za to samo placic... Postanowilimy jednak jechac dalej. Na trzecim przystanku cala bajka od nowa, wiec ten chlopak-inteligent podpowiedzial nam ze to rozwozenie moze naprawde jeszcze potrwac (co wlasnie tez zdarzylismy zauwazyc) a kierowcy krzyczeli ze to tylko 2 km wiec stwierdzilismy ze ostatecznie przesiadziemy sie na motory. Nas jadacych do granicy byla w sumie trojka (dodatkowo 1 lokales) a kierowcow z dziesieciu co najmniej...No i zamiast sie pakowac na te motory, to my czekamy. Okazalo sie ze kierowca busa odpalil jednak jakas kase motorowcom, wiec dobra nasza. Po zapakowaniu mojego placaka na motor (kierowca bierze do przed siebie wiec ja sie nie martwie), widze ze ten trzeci lokales pakuje sie na tylne siedzenie tego motoru. Po wyproszeniu go okazalo sie we trojke i z 2 wielkimi plecakami jedziemy 2 motorami. Ostatecznie upchnal sie miedzy Wiktora i ichniego kierowce i ruszylismy. Najpierw byl 2-km most, za ktory sie placi, w co kierowcy znow chcieli nas wrobic. Po wybiciu im tego z glowy zawiezli nas go granicy, ktora byla co najmniej 12 km dalej...Czasami jednak sciemniaja... Przejscie graniczne poszlo dosc sprawnie, choc sa to zawsze punkty, ktore podnosza czlowiekowi adrenaline...w szczegolnosci granice tajsko-kambodzanskie, ktore oddzielaja trzeci swiat od ... calkiem cywilizowanej Tajlandii... Ok. 14.00 po uzyskaniu stempelkow tajskich oraz opatrzeniu naszej 2-krotnej wizy pieczatka USED zaczeslimy sie rozgladac za busami/autobusami do Tratu (ok 80km). Okazalo sie ze 3 busy ktore sie ladowaly byly zorganizowane juz wczesniej i tak wlasnie nam potwierdzili lokalesi - ze nie wydostaniemy sie z Hat Lek inaczej niz ich pick-upem za bagatela 1000 bahtow (ok. 30$).Wiktor po zasiegnieciu jezyka dowiedzial sie, ze trzeba po prostu poczekac i jakis lokalny minibusik przyjedzie i jak sie zapakuje to i odjedzie. Tym wiarygodnym zrodlem informacji okazal sie Wloch, ktory wielokrotnie przekraczal juz ta granice, bo przez 3 lata prowadzil wloska restauracje na Koh Chang. Dodatkowo w oczekiwaniu na busa opowiedzial nam sporo o wyspie i polecil rozne miejsca. Za ok 20 min busik faktycznie podjechal i po zapakowaniu sie okazalo sie ze kosztowac nas bedzie po 120 bahtow :). Za ponad godzinke bylismy juz na dworcu autobusowym (w tej czesci swiata maja dziwna maniere budowania dworcow autobusowych zupelnie poza miastem). Tam od razu znalazl sie kierowca pick-upa (tym razem z zadaszonym tylem) oferujac podwiezienie na przystan za 50 bahtow. Szybko sie zgodzilismy wraz z 2 parkami Holendrow i Szwedow i za kolejne 40 min bylismy na przystani z zakupionymi po drodze biletami (160 bahtow w 2 strony).
Najblizszy prom byl o 18 czyli mielismy okolo pol h czekania. Piekny zachod slonca na promie czesciowo zrekomensowal trudy dnia. Na przystani juz na wyspie (plynelismy ok. 45 min) znow znalazl sie pick-up, ktory za 100 bahtow od osoby (maja tu jednak stale ceny na szczescie) zawiozl nas ok 30 km na Lonely Beach. W polecanym przez Szwedow miejscu czyli Nature Beach nie bylo juz wolnych miejsc a w miejscu obok czyli Siam Hut (tez przy samej plazy) Szwedzi wzieli ostatni wolny bugalow. Powedrowalismy wiec dalej i znalezlismy calkiem fajny wolny pokoj za 700 bahtow w Kachapura Bugalows (domku nie mieli juz wolnego) w bardzo przyjemnym skupismy domku polozonych jakby w ogrodzie. Pani powiedziala, ze jak bedziemy rano sie chcieli przeniesc to zwolni sie domek z wiatrakiem za 500 bahtow. Bardzo nas to ucieszylo i po zarzuceniu szybkiej kolacji w pobliskiej restauracyjce (a jest z czego tu wybierac) padlismy puntualnie o 22.15...

piatek - 16.01.2009 - Kep - Kampot

Dzis rano zjedlismy sniadanie w towarzystwie znajomych Holendrow i dalej rozprawialismy o rowerach. Niestety pozniej musielismy sie juz pozegnac bo Frans i Frida jechali w kierunku Wietnamu.
Ja zrobilem maly poranny rowerowy rekonesans. Tu jest pare gorek, ale na rowerku z jednym biegiem to jakos nie sprawia przyjemnosci. :) Kupilem tez bilety na autobus do Kampotu, do ktorego postanowilismy sie przeniesc na 1 dzien. Autobus mial byc o 12.30, wiec sobie myslimy, ze jak bedziemy ok 12.00 to sie spokojnie wyrobimy. Opuscilismy hotel nawet wczesniej i wzielismy tuk tuka do glownego ronda, przez ktore wszystko tutaj przejezdza. Jakie bylo nasze zdziwienie gdy dojezdzac do ronda o 11.45 nasz autobus wlasnie z impetem tam wjechal. Szybka akcja machania i sie na szczescie zatrzymal. O 13.00 juz bylismy w z gory upatrzonym guest housie w Kampocie - Long Villa - 5 USD za pokoj z wiatrakiem. Poniewaz bylismy juz troche glodni po porannym skapym sniadaniu, to pierwsza rzecza jaka zrobilismy w Kampocie byl lunch w restauracyjce hotelowej. Zarcie bylo wprost boskie - potrawa podobna do amoku, tyle ze dodatkowo z ananasem - som-lor-ktee z ryzem on the side. Aga wziela zupe z dyni, ktora juz nie byla takim mega hitem ale tez byla calkiem smaczna. Przespacerowalismy sie po miescie i zaleglismy w jednej z kawiarenek. O 15.00 wynajelismy sobie motorek i pojechalismy do "wodospadow" Tek Chhouu. To moje pierwsze doswiadczenia z taka piekielna maszyna i stwierdzam, ze chyba jednak bardziej komfortowo sie czuje na rowerze. :) To wrazenia Wiktora, natomiast Agi: mi jechalo sie calkiem spoko tym bardziej, ze jazda zawierala obowiazkowa opcje przytulania do plecow ukochanego :)
Co do wodospadow to no coz... ciezko to cos nazwac wodospadami. Jest to prostu a la gorska rzeka z kamieniami. Angielska nazwa z Lonely Planet lepiej oddaje istote - rapids. Mimo wszystko spedzilismy tam czas prawie do zachodu slonca, troche sie relaksujac i obserwujac rodzinke z dzieciakami bawiacymi sie w rzece oraz pana, ktory przyszedl sie wykapac wraz myciem glowy obfita piana. Gdy wrocilismy do miasteczka to znowu zaleglismy z kawiarence nad rzeka delektujac sie piwkiem Angkor oraz naszymi ulubionymi shake'mi owocowymi.
W ciagu dnia kupilismy rowniez bilety do granicy w Hat Lek. Stwierdzilismy, ze czas na porzadny wypoczynek na wyspie i wybieramy sie ostatecznie na Koh Chang w Tajlandii. Bezposredni minibus do granicy wynegocjowalismy na 10 USD za osobe. Zobaczymy jaka bedzie jakosc uslugi.

czwartek - 15.01.2009 - Kep

Czas na relaks i odpoczynek. Dzis robilismy niewiele. Zwiedzilismy cala miejscowosc z rana na rowerach szukajac sniadania. Niestety na sniadanie moglismy wybrac kraby, krewetki, kalmary i wszystko inne czego dusza zapragnie pod warunkiem, ze pochodzi z morza. Stwierdzilismy, ze frutti di mare to ok, ale na obiad. Kep slynie z owocow morza i codziennie rano odbywa sie targ na brzegu ze swiezo zlowionymi krabami. Poza tym troche pospacerowalismy po tej nadmorskiej bardzo sennej miejscowosci. Troche poczytalismy, troche pospalismy, pogralismy w bilard.
Kep ponoc zaczyna dopiero odzywac po upadku czyli totalnej destrukcji Czerwonych Khmerow. W Kepie widac wiele porzuconych zniszczonych budynkow, ktore przezywaly czasy swietnosci przed II wojna swiatowa i przed Pol Potem. W Kepie sa rzekomo dwie plaze, ale plaz baltyckich to one nie przypominaja, a raczej ciemne blotniste i niewielkie nie wiadomo co. Poza tym jest zakaz kapieli, a przynajmniej nikt sie nie kapie. Jesli juz to trzeba wykupic calodniowa wycieczke na wyspe Tonsay (Rabbit Island) za 12 USD. Generalnie Kepem bylismy mocno rozczarowani, ale ponoc Kambodzanie tlumnie tu przyjezdzaja w weekendy i swieta. Dzis akurat czwartek, wiec miasteczko liczace 4000 mieszkancow i dosc rozlegle, jest jakby wymarle. Mielismy nocleg w swietnym miejscu (Botanica GH), ale postanowilismy sie przeniesc na druga noc tam gdzie jest ciepla woda. Wybralismy N4 Guest House (15 USD ze sniadaniem i rowerami) - bardzo przyjemne miejsce.

sroda - 14.01.2009 - Can Tho - Ha Tien - Kep

Dzien zaczelismy od dosc wczesnej pobudki o 6.00 i wizyty na targu wodnym Cai Rang. Poplynelismy oczywiscie long boatem (dzonka). Ludzie z lodek handluja tam glownie warzywami i owocami. Wokol kraza lodki z jedzeniem i piciem. Po przeladowaniu worow z ryzem lub setek ananasow mniejsze lodeczki wplywaja w kanaly i zawoza zapasy do swoich wiosek. Ciekawe jest zycie na Mekongu... Nastepnie zwiedzilismy mlockarnie ryzu, poznalismy wszystkie stadia otrzymywania tego kluczowego w tej czesci swiata zboza. Spore wrazenie na nas zrobilo wytwarzanie makaronu ryzowego. W malej fabryczce pod dachem z lisci palmowych uwija sie ok 10 osob. Jedna z nich z polamanych ziaren ryzowych uzyskuje maczke i po zmieszaniu z kassawa i woda, otrzymuje plynne ciasto. Kolejne osoby zajmuja sie wypiekiem ciasta. Na spore materialowe plachty podgrzewane para wodna ciasto jest wylewane jak na nalesniki. Pieczenie trwa ok minuty po czym "nalesnik" jest przenoszony na bambusowe nosze i wynoszony do wyschniecia na sloncu. Wyschniete placki sa przepuszczane przez reczna maszynke ktora wypluwa gotowy makaron.
Zwiedzilismy tez rzekomy most malp - most bambusowy przewieszony przez jeden z kanalkow. Na moscie nie bylo ani jednej malpy, ale za to atrakcja bylo przejscie przez niego. Tutaj tez sie czesciowo skapalem w Mekongu :) przy robieniu zdjec, nie wszystkie tyczki bambusowe sa tak mocne na jakie wygladaja. W polowie dnia odlaczylismy sie od grupy i w tym momencie zaczal sie nasz wyscig z czasem. Jeszcze tego dnia chcielismy sie dostac do Kep w Kambodzy. Najpierw dostalismy sie na dworzec autobusowy, gdzie na minute przed odjazdem zapakowalismy sie do lokalnego minibusa do Ha Tien przez Rach Gia. Dystans 206 km. Cena 80 000 dongow/os
(ok. 5$). Niestety musielismy doplacic za 3 miejsce, ktore zajmowaly nasze plecaki. W Ha Tien znalezlismy sie o dziwo w miare punktualnie, bo tuz po 17.00. Podroz te bedziemy na pewno dlugo wspominac, gdyz jeszcze w zadnym srodku transportu nas tak nie wytrzeslo. Mosty nad kanalami sa doslownie co kilometr, a tutaj nie potrafia zbudowac mostu, na ktory by sie plynnie wjezdzalo. Przy kazdym takim wjezdzie cala zawartosc minibusa poskakiwala o ok 10 cm nad siedzeniami. Wyprzedzanie na waskich drogach tego rejonu z mnostwem motorkow (czego by innego) to prawdziwy rollercoaster. Kierowca naszego busika czul respekt jedynie przed ciezarowkami i innymi samochodami. Na dworcu w Ha Tien wynegocjowalismy cene po 40 000 dongow (2.5 USD) za motorek z kierowca do granicy w Xa Xia. Na granicy bylismy przed 18.00. Po stronie wietnamskiej poszlo dosc sprawnie, choc pan ogladal nasze paszporty z wietnamska dokladnoscia. Ku naszemu zdzwieniu nasi panowie na motorkach dzierzacy dzielnie caly czas nasze plecaki spokojnie przeszli z nami przez granice i podwiezli nas jeszcze do odprawy kambodzanskiej. Tu nas spotkalo kolejne zdziwienie. Budka z napisem Visa Office zamknieta, a panowie ktorzy stali w poblizu nie przypominali celnikow. Byla godzina 18.00, okazalo sie ze granica jest czynna do 17.00. Na szczescie panowie celnicy byli bardzo pomocni i wystawili nam wizy kambodzanskie oraz wbili stempelki wjazdowe, tlumaczac sie, czemu nie maja juz na sobie uniformow :). Koszt wizy 25 USD (powinno byc 20 USD), ale i tak bylismy szczesliwi, ze wjechalismy do Kambodzy. A panowie na motorkach (Wietnamczycy) caly czas czekali... Zaproponowali nam kolejne 10 USD za osobe za zawiezienie nas do Kepu. Mielismy jeszcze w opcji samochod kolegi celnika za 30 USD, wiec po krotkich negocjacjach zdecydowalismy sie na motorki za 9 USD za osobe. Te podroz tez na dlugo zapamietamy. 50 km po nieasfaltowanych drogach Kambodzy po ciemku, w kurzu i pyle na motorach. 1,5h - jakos dalismy rade. Na szczescie kierowcy wzieli nasze ciezkie plecaki przed siebie. W Kepie bylismy o 20.00. Znalezlismy bardzo fajny nocleg w Botanica Guest House, bungalow za 8 USD. Po trudach calego dnia zamieszkalismy w prawdziwym ogrodzie botanicznym. Tego wieczora poznalismy dwojke Holendrow - Fransa i Fride, zwiedzajacych caly polwysep indochinski na rowerach. Gdy ich spotkalismy mieli na liczniku juz 2500 km przez 5 tygodni (Tajlandia, Laos, Kambodza). Zagralismy w bilarda Polska - Holandia rozmawiajac duzo o logistyce i wrazeniach z takiej wyprawy rowerowej i zainspirowani na kolejna podroz poszlismy spac...

wtorek - 13.01.2009 - Sajgon - My Tho - Ben Tre - Can Tho

Za 20 dolarow /os wykupilismy 2-dniowa wycieczke po delcie Mekongu. Zalatwiajac samemu bysmy zaplacili sporo wiecej. O 8.30 podjechal po nas busik i razem z kilkunastoma osobami i przewodniczka mowiaca po angielsku zabral nas na poludnie. Pierwszy przystanek w My Tho, gdzie przesiedlismy sie na lodke. Lodka zabrala nas najpierw do wytworni cukierkow kokosowych. Wszystko swiezutkie i mozna bylo sprobowac jeszcze goracych cukierkow. Przepyszne! Przewodniczka zaznajomila nas z calym procesem produkcji od zerwania kokosa, az do zapakowania cukierkow w torebki. Co ciekawe mleczko kokosowe to nie przezroczysty sok ze srodka kokosa, a plyn wycisniety ze zwiorkowanego bialego miazszu (po odcisnieciu zostaja znane nam wiorki kokosowe). Pakowanie cukierkow odbywa sie recznie. Zaopatrzylismy sie w kilka smakow.
Nastepnie przesiedlismy sie do mniejszych lodek i poplynelismy jednym z malowniczych kanalow Mekongu. Wielkie liscie palmowe wyrastajace wprost z wody chylily sie nad kanalem tworzac tunel. Uroczo! Doplynelismy do miejsca gdzie moglismy sprobowac swiezego miodu i wina ryzowego z miodem. Nastepnie przesiedlismy sie na jeszcze mniejsze lodeczki (juz bez silnikow) i sami wioslujac wplynelismy w jeszcze wezsze kanaly. Bardzo malowniczo. Lunch zjedlismy w na wyspie.
Potem mielismy jeszcze przystanek gdzie testowalismy rozne lokalne owoce: longon (przypominajacy winogrona, ale w skorkach), ananasa, papaje i jeszcze dwa inne ktorych nazwy nie pamietamy. Ten dosc spokojny i relaksujacy dzien zakonczylismy w Can Tho. Can Tho jest jedna z wiekszych miejscowosci delty Mekongu. Danego dnia trafilismy akurat na targ bonsai i innych roslin! Kolacje zjedlismy w towarzystwie Olji - poznanej dziewczyny z Sankt Petersburga. Biuro turystyczne zapewnilo nocleg w bardzo przyjemnym hoteliku o wdziecznej nazwie Huy Hoang, a czesc osob przenocowala w tzw homestay - na wsi u rodzin. Polecali, wiec nastepnym razem pewno i my sie zdecydujemy.

poniedzialek - 12.01.2009 - Sajgon

Dzien zaczelismy od zorganizowanej wycieczki do tuneli Cu Chi pod Sajgonem (po raz pierwszy sie na cos takiego zdecydowalismy na tym wyjezdzie). Tak bylo o wiele prosciej i szybciej bo tunele sa oddalone o ok. 70 km od centrum. Za 5$ od osoby mielismy pol-dniowa wycieczke a w tym dojazd, przewodnika, nieograniczona ilosc wody butelkowanej i jak sie po drodze okazalo... wizyte w fabryce laki. Od tego tez zaczelismy dzien - po wyjezdzie o 8.15 sprzed biura turystycznego wstapilismy do zakladu, gdzie niepelnosprani wykonywali przerozne cudenka z laki. NIesamowite ile jest etapow produkcji - naliczylismy co najmniej 20!!! No i teraz juz wiemy na pewno ze podstawa lakowych wyrobow jest ... drewno. Ciekawe tez ze wiekszosc zdobien jest wykonywanych ze skorupek jajek albo z muszli (wtedy sa takie polyskujace). Zastanawila nas dysproporcja - w fabryce pracowalo okolo 50 -60 osob (widzielismy ze wszystko faktycznie jest robione recznie) a sklep zajmowal powierzchnie okolo 4 razy wieksza niz ci robotnicy... Nie wnikajac za bardzo w te zaleznosci udalo sie nam dowiedziec ze 1 pracownik zarabia okolo 100$ miesiecznie (dla porownania, nauczyciel w Phnom Penh zarabia ok 40-60$). Ale Wietnam jest wyraznie bogatszym krajem niz Kambodza. Przynajmniej na razie tak twierdzimy porownujac Phnom Penhg i Sajgon. W sklepie o dziwo dokonalismy zakupu bardzo ciekawej i unikalnie pieknej rzeczy - klapek z laki :) oczywiscie damskich :)).
Po przyjezdzie do tuneli sklasowali nas po 80 000 dongow od osoby (czyli okolo 4,5$) i rozpoczelismy spacer wsrod tropikalnej puszczy ogldajac wejscia do tuneli, rozne rozmyslne pulapki jakie VietCong (wietnamska partyzantka) zasatawial na jankesow. Trzeba im przyznac ze byli naprawde pomyslowi i kreatywni... Szkoda tylko ze w tak smutnym rzemiosle jak wojna...
Ogolnie na temat calego systemu mozemy powiedziec ze zrobil na nas duuuze wrazenie. Tak ogromny kompleks podziemnych tuneli z calym zapleczem tak militarnym jak i bytowym jest autentycznie strategicznym majstersztykiem na skale swiatowa. W samym tylko rejonie Cu Chi tunele mialy ok 250 km dlugosci a wiadomo ze ciagnely sie od poludnia Sajgonu kierujac sie ma polnocny zachod, przechodzily przed rejon Cu Chi wlasnie (gdzie byla siedziba glowna VietCOngu) i docieraly az do Kambodzanskiej granicy. Czesc wejsc byla solidnie maskowana w lesie (np otwory ukryte gleboko pod liscmi mialy tylko taki wlaz aby zmiescil sie czlowiek, a te przeznaczone dla kobiet i dzieci byly jeszcze mniejsze - oczywiscie kobiet Wietnamskich ktore nierzadko wazyly po 35-40 kg...niskie i szczuple). Czesc wejsc byla ukryta w rzekach czyli trzeba bylo zanurkowac glebiej by wplynac do tunelu. A w srodku tunele mialy do 1 m wysokosci. Przeszlismy ok 90m takim tunelem... i troche sie nameczylismy. Po pierwsze bo caly czas w kucki a po drugie bo pod spodem bylo kilka stopni wiecej niz na ziemi a i swieze powietrze mialo dzis okolo 30 st... Podziw dla ludzi ktorzy w tycemlach spedzili kilka lub kilkanascie miesiecy... Life's hard sometimes...
Oprocz znanej nam troche niepokojacej atmosfery tropikalnej dzungli (np. b. glosne cykady), otoczenia tuneli i opowiesci przewodnika pikanterii dodawaly ciagle odglosy strzalow. Byly to autentyczne strzaly z broni ostrej, gdyz na koncu tuneli znajdowala sie strzelnica, na ktorej za 20 000 dongow za kule mozna bylo postrzelac z roznych rodzajow broni. Bardzo za te watpliwa przyjemnosc podziekowawszy oddalismy sie rozkoszy lodow mangowych...Bajka.
Na koniec zaproszono nas na typowy posilek guerillas: gotowany maniok
http://pl.wikipedia.org/wiki/Maniok
czyli obrane bulwy w ksztalcie... moze marchewek, ale dluzsze i mniej regularne. Smakuje to o dziwo bardzo podobnie do ziemniaka tylko troszke twardsze i obtaczalismy to w drobno posiekanych orzeszkach ziemnych.
W centrum Sajgonu bylismy niestety dopiero o 15.30 mimo zapowiadanej 14.00 i stwierdzilismy ze juz za pozno by wybrac sie do pieknych pagod oddalonych kawal drogi od naszego miejsca pobytu... W zwiazku z tym pokrecilismy sie po okolicznych knajpkach i sklepikach jedzac niezly typowo wietnamski obiad: sajgonki oraz ich sztandarowa zupe Pho. Poprzedniego wieczoru zaobserwowalismy jak ta zupe jedza miejscowi wiedzielismy juz ze to wszystko co przynosza na osobnym talerzyku trzeba sobie dorzucic do zupki. A zupa to ogromna misa czegos podobnego do rosolu, z makaronem ryzowym, mieskiem (tym razem wzielismy kurczaka) a do tego dorzuca sie samemu: kielki soi, wietnamska miete (ktora smakuje mocno inaczej niz nasza i do zupy pasuje idealnie), kawalki papryczki i skrapia sie to wszystko sokiem z limonki. PYCHA!!! Jedno z lepszych dan tutaj. Sajgonki takie sobie. Zrobilismy dzis jeszcze jedna fajna rzecz: weszlismy do sklepu z jedwabiem i ... wybierajac sobie material i kroj zamowilam piekna suknie z satyny (podobno ten kroj lepiej sie prezentowal w satynie niz w jedwabiu). Koloru na razie nie zdradze, no i jak wyjdzie - przekonam sie juz za po h jak odbiore (po 5 h od zamowienia). Wracajac ze sklepu zakupilismy tez sobie po 2-dniowej wycieczce do delty Mekongu. Ruszamy jutro rano o 8.15 z tego samego biura podrozy co dzis. Przed nami przepiekne krajobrazy, inne niz te ktore widzielismy do tej pory. A co najwazniejsze, wyjezdzamy wreszcie z duzego miasta, bo od poczatku naszej wyprawy ciagle tylko w takich sie poruszamy. A wiec najpierw 2 dni wiosek wietnamskich a potem morze (kambodzanskie) !!!

niedziela - 11.01.2009 - Phnom Penh - Ho Chi Minh City (Sajgon)

Dzisiejszy dzien nie zaczal sie zbyt dobrze. Umowiony busik, ktory mial po nas przyjechac o 6:15 aby nas zawiezc na dworzec , niestety sie nie zjawil. Wiedzac, ze te busiki sie spozniaja odczekalismy troche, po czym zdecydowalismy sie pojechac na dworzec na wlasna reke. Niestety gdy tam dotarlismy , okazalo sie, ze autobus juz odjechal. Musielismy zmienic nieco plany i przebookowac bilety na 13.30. Wolny czas wykorzystalismy na tzw, Russian Market - ponoc jedno z najlepszych miejsc na zakupy w tej czesci swiata. Faktycznie kupilismy sobie kilka rzeczy, a hitem byly plecaki North Face.
Podczas lunchu w centrum bazaru, gdzie stolowalo sie wielu tubylcow (3000 rieli za pyszny ryzowy makaron w klsztlacie glist, z jajkiem, kielkami i jakimis zielonymi listkami), poznalismy Francois - Francuza, ktory pracuje w Kambodzy od pol roku. Francois jest po agronomii, a w Phnom Penh pracuje na farmie i pelni szeroko pojete funkcje administracyjne i finansowe. Zapadlo nam w pamieci szczegolnie jedno jego zdanie "You cannot be unhappy i Cambodia"... :)
O 12.40 bylismy juz z powrotem na dworcu, aby byc pewnym, ze juz tym razem sie nie spoznimy. Podroz minela nam bardzo szybko choc formalnosci graniczne zajely grubo ponad 1h. Najpierw musielismy wszyscy wysiasc z autokaru, by oficer kambodzanski mogl polamac sobie jezyk wyczytujac nasze imiona z paszportow. Potem dluga procedura na przejsciu wietnamskim, na ktorym nasze paszporty zniknely w jakiejs niewidocznej budce a nastepnie byly wydawane po kilka sztuk. Gdy bez odebranych paszportow zostalem tylko ja , chlopak z Kanady i jeszcze jeden podroznik, adrenalina nieco podskoczyla. Na szczescie wszystko bylo ok. Jeszcze tylko skanowanie bagazu i gotowe (to byla pierwsza granica ladowa, na ktorej zdarzylo nam sie skanowanie bagazu).
Zaraz po przekroczeniu granicy - niesamowita odmiana: domy murowane, zelazne ploty, droga dwupasmowa... Do Sajgonu (Ho Chi Minh City) zajechalismy ok 20.30. Na szczescie dosc sprawnie udalo nam sie znalezc bardzo przyzwoity hotelik ze romantycznym sniadaniem na dachu i internetem za 18 USD (306 000 dongow - w Wietnamie jest troche drozej niz w Kambodzy). Warunki prawie jak w domu - czysto, cieply prysznic, przytulnie...
Przejazd przez miasto oraz krotki spacer wieczorem, od razu pozwalaja sie zorientowac, ze HCMC to wielka i dosc nowoczesna metropolia. Ruch uliczny jest wprost niewyobrazalny. Popularne niegdys rowery, teraz zastapily wszechobecne motory i skutery. Ludzi mnostwo, glosno. Jak to miasto. Chyba powoli bedziemy sie ewakuowac z duzych meczacych miast...

sobota - 10.01.2009 - Phnom Penh

Od Nathana dowiedzielismy sie ze istnieje mozliwosc sprawienia troche radosci dzieciom z sierocinca. Jeszcze poprzedniego wieczoru umowilismy sie ze Nathan zabierze nas do sierocinca, ktore sam przyjechal odwiedzic po ostatniej swojej wizycie 1,5 roku temu. Nathan zabral nas swoim motorkiem sprzed Okey Guesthouse - Kambodzanczycy mieli niezly ubaw widzac trojke bialych na motorze (pokazywali nawet nas sobie palcami).
W sierocincu sa dzieci od niemowlat az po studentow. Okazalo sie ze wiekszosc dzieci tu trafila gdyz ich rodzice zmarli na AIDS. Gdy przyjechalismy od razu wzbudzilismy spore zainteresowanie, szczegolnie wsrod maluchow. Nathan przedstawil nas zonie dyrektora, ktora opikuje sie dziecmi oraz kilku starszym dzieciakom. Niektore z nich mowia niezle po angielsku i francusku. Taki wlasnie chlopiec oprowadzil nas po calym obiekcie - na niewielkim skrawku ziemi stoi drewniany chylacy sie budynek, w ktorym o dziwo najlepsze miejsca na pietrze zajmuje .... biuro. Poza ta rudera jest niewielkie podworko, wiata gospodarcza a z tylu toaleta w myszki Miki i kuchnia pod golym niebem - 2 duze woki, dyzu stol i przygotowane pienki do paleniska.
Wszyskie dzieci spia na parterze budynku (mlodsze) lub pod golym niebem na pietrowych lozkach (starsze). Na scianach wisza malunki wykonane przez dzieci. Te dziela mozna kupic za co laska - kupilismy 2 aby nam przypominaly to miejsce po powrocie do domu.
Z niektorymi dziecmi mozna porozmawiac dosc prostym angielskim. Niesmialych jest niewiele. Wiktor pogral z chlopcami w pilke, a Aga wzbudzila ogolna radosc rozdajac drobiazgi, ktore przywiezlismy z Polski - dlugopisy, slodycze, maskotki, wisiorki, smycze, breloczki itp. W pewnym momencie zgromadzila sie wokol niej grupka ok. 20 szczesliwych maluchow.
Po poludniu pojechalismy motorami obejrzec mecz pilki noznej, w ktorym reprezentacja chlopakow z sierocinca grala z jedna z lokalnych druzyn z Phnom Penh. Po pierwszej polowie przy stanie 1:1 postanowilismy wrocic jeszcze na troche do sierocinca. Bawilismy sie jeszcze troche z dziecmi i rozmawialismy z Tonym - Belgiem, ktory chialby zostac wspolwlascicielem sierocinca. Obecnie sytuacja jest nieco skomplikana - wspolwlascicielami sa Kambodzanie i Francuzi. Francuzi maja mocno podejrzewaja ze nie wszystkie ofiarowywane pieniadze trafiaja do dzieci. Niewykluczone ze niedlugo dojdzie do podzialu sierocinca na czesc francuska i kambodzanska. Moze sie to odbyc ze szkoda dla dzieci, ale w dluzszej perspektywie pewnie przynajmniej czesci dzieci bedzie lepiej. Tony organizowal bedzie rowniez sponsoring dla dzieci, ktore jeszcze nie maja takich opiekunow na odleglosc. Po angielsku to rodzice chrzestni. Chetni, ktorzy moga sobie na to pozwolic, miesiecznie przelewaja ok 20-25$ na utrzymanie dziecka, a w zamian otrzymuja informacje co slychac u malucha (w biurze jest dostep do internetu stad mozliwe sa relacje i staly kontakt). Sami bedziemy chcieli takie 1 dziecko wspierac. Nathan ponagrywal ok 25 filmikow z dziecmi, ktore ciagle nie maja mam czy tatusiow chrzestnych i bedzie chcial szukac tego typu sponsorow w USA.
Na koniec dnia Aga, widzac jedna dziewczynke, ktora miala ogolona glowe ze wzgledu na jakas chorobe (byc moze bialaczke) postanowila podarowac jej swoje kolczyki (niewielkie perelki) - aby nikt nie mylil tej ladnej dziewczynki z chlopcem. Reakcja malej byla niesamowita - niezmiernie sie ucieszyla i mocno mnie za to usciskala. Jak ja potem obserwowalismy - byla bardzo szczesliwa i dumna z takiego wyroznienia. Pomyslalam ze skoro inne dziewczynki maja piekne dlugie wlosy, to ona tez moze sie czyms ladnym wyroznic. Nathan tez nam pozniej powiedzial ze byl to rewelacyjny pomysl - jasne perelki pieknie wygladaly na tle sniadej cery dziewczynki.
Juz po zmroku Nathan zabral nas z powrotem do centrum i poszlismy na pozegnalna kolacje. Znajomosc z nim, zawarta jeszcze w Poipet, okazala sie tak wartosciowa i niesamowita. To byl taki troche inny dzien... ktory na pewno na bardzo dlugo zostanie w naszej pamieci.

piatek - 9.01.2009 - Phnom Penh

Dzisiejszy dzien byl nieco bardziej smutny niz dotychczasowe. Wspolnie z Jackiem, wynajelismy tuk tuka (10 USD) za caly dzien jezdzenia po miescie. Na poczatku pojechalismy do slynnej Wat Phnom swiatynia na wzgorzu. Wolok biegajace malpy i slon. Bylismy swiadkami roznych rytualow, w tym palenia podrabianych studolarowek w wielkim piecu. To podobno na szczescie. Nastepnie zwiedzilismy wybrzeze jeziora Boeng Kak, przy ktorym jest wiele guest housow. Jeziorko fajne, choc nieco zasyfione, jak wszystko tutaj, a niektore hoteliki fajne z zewnatrz (niektore czesciowo na wodzie), ale pokoje malo zachecajace. Nasz Okey GH o wiele lepszy.Pozniej udalismy sie do muzeum ludobojstwa, ktore wywiera porazajace wrazenie. Po raz pierwszy wzielismy przewodniczke (wejscie 2 USD za osobe, przewodnik 6 USD). Muzeum jest stworzone w miejscu, ktore bylo wiezieniem (S-21) zorganizowanym przez Czerwonych Khmerow w szkole. Sklada sie z czterech budynkow, z ktorych jeden zostal zachowany dokladnie w takim stanie, jak go zastali wyzwoliciele Phnom Penh. Sale dla uczniow zostaly podzielone na bardzo waskie cele, w ktorych przebywali wiezniowie. Gdzieniegdzie jeszcze nawet jest krew... W innym budynku sa sale tortur, zazwyczaj z jednym lozkiem na srodku i zdjeciem jednej z torturowanych osob - porazajace. W kolejnych budynkach szkolnych na scianach rozwieszone sa setki zdjec wiezniow. Wiezienie funkcjonowalo przez 4 lata od 1975 do 1979 i przebywalo w nim ok 20 tysiecy osob, z ktorych przezylo 7 (!). Bezposrednio z muzeum pojechalismy cos przegryzc (mimo wrazenia jakie wywarlo na nas tamto miejsce) i trafilismy do bardzo fajnej restauracji Angkear Vimean (nie zaznaczonej w LP) na 278 ulicy. Dania byly przepyszne, a Aga dostala amok w kokosie - rewelacja. W sumie na przyjemnosci wyniosla nas 8 USD lacznie z shake'ami owocowymi. Po poludniu w ramach dalszego poznawania okrucienstw Pol Pota i spolki pojechalismy do oddalonych o 15 km od centrum PP tzw. pol smierci (Killing fields w miejscowosci Choeung Ek). To miejsce bedace o dziwo wlasnoscia firmy japonskiej, jest rowniez bardzo przygnebiajace. Masowe groby nawet jeszcze nie w pelni zarosniete leza jeden obok drugiego. W sumie jest ich 129 odkrytych i setki jeszcze nieodkrytych. Wieczorem przeszlismy sie po uliczkach PP i trafilismy na mini bazarek, na ktorym sprzedawano pieczone i suszone jaja przepiorcze, weze, szarancze, jakies inne owady i wiele innych "smakolykow", ktorych nazwy nawet nie znamy.

czwartek - 8.01.2009 - Siem Reap - Phnom Penh

wstalismy znow wczesnie, bo o 6.00 by na 6.30 byc gotowym do zabrania na dworzec. Na szczescie aytobus byl okolo 20 min pozniej co umozliwilo nam zjedzenie sniadania w naszym Guest Housie - Red Lodge (mocno polecamy, w cenie rowery i sniadania wlasnie, co prawda niewyrafinowane bo bagietki z maslem i dzemem, banany + kawa i herbata ale zawsze bylo jakies sniadanie). Atobusik juz byl w polowie zapelniony jak wsiadalismy, ale pojechal jeszcze na sam koniec miasteczka by dobrac kolejnych backpackersow ;). Koniec koncow ostatni byli dopychani do autobusiku niemal kolanem :). Dojechalismy na dworzec na 7.45 a nasz autobus mial byc o 7.30. Ale na szczescie na nas czekal. Jechalismy Sorya Transport Company za 6 USD/os. ok. 320 km. Po drodze zatrzymalismy w dwoch miejscach na "sniadanie" (choc nikt nie kupowal) obeserwujac niespieszne zycie miejscowej biedoty.Obserwowalismy pana smazacego w glebokim tluszczu banany w bialej panierce... Na nastepnym postoju byly wieksze atrakcje, bo mielismy okazje zobaczyc na wlasne oczy smazone ogromne czarne pajaki (wielkosci naprawde dorodnej tarantuli), grillowana szarancze i jeszcze jakies pomniejsze smakowitosci... Zdecydowalismy sie jednak sprobowac (na tym samym stoisku, zeby nie bylo) sticky rice with coco, ale jakos nas smak nie powalil. Wlasniciwie to jakies troche bez smaku bylo (takie jakby nalesniczki z ryzem i wiorkami kokosowymi w srodku). Dojechalismy na Central Market w Phnom Penh okolo 14.00 wiec zgodnie z planem po 7 h. W autobusie poznalismy Jacka z Krakowa, ktory samotnie robil podobna trase do nas. Po wyjsciu z autobusy tradycyjnie dopadla nas banda tuktukowcow, jednak my dyskretnie wypatrywalismy takiego z reklama Okey Guesthouse (miesjce polecane przez backpackersow z polskich blogow). Na szczescie zanim Wiktor wypakowal nasze bagaze z luku, ja juz takowego wlasnie dostrzeglam i jakby nigdy nic dalam do siebie podejsc i "sie nagonic". Okazalo sie ze spoko nas tam zawiezie po 1$ od osoby (Jacek zdecydowal sie z nami pojechac bo nie mial nic innego na oku). I okazalo sie to dobrym pomyslem bo ostatecznie wzielismy sie pokoj 3-osobowy za 10$. Co najwazniejsze - Z CIEPLA WODA!!! Po raz pierwszy bede mogla wziac cieply prysznic od Londynu!!! POkoj bardzo czysty i widny, tylko trzeba sie niezle wspinac - na 4 pietro po stromych i waskich schodkach. Okazuje sie ze Okey Guesthouse to niezla machina - procz tego ze maja 120 pokoi na wynajem, restaruacje, w ktorej stluje sie wiekszosc gosci, to sa rowniez biurem podrozy posredniczacym we wszelkich formach transportu to wszelkich miejsc, dokad mozna by bylo sie udac z PP. Do tego posrednicza w wyrabianiu wiz, z czego od razu skorzystalismy zamawiajac u nich wyrobienie wizy do Wietnamu (34$/os - nietanio niestety ale coz zrobic). Podobno Wietnam ma niedlugo zniesc wizy dla wiekszosci narodowosci by zachecic turystow, tymczasem trzeba placic :(. Po szybkim odswiezeniu i obiadku (Khmer curry in coconut za 2$/os) poszlismy zwiedzic Royal Palace i Silver Pagode (6.25$/os). Pagoda nazywana jest srebrna ze wzgledu na .... srebrna podloge, skladajaca sie z 5000 plytek, z ktorych kazda wazyla 1kg. W srodku oczywiscie statuetka Buddy na wysokim oltarzu.. znow koloru szmaragdowego (Emerald Budda) - widac chca miec podobna jak w Bangkoku. Jednak po obejrzeniu kompleksu swiatynnego w Bangkoku, ta swiatynia nie robi juz takiego wrazenia. Ogolnie o wiele skromniej, biedniej, bez duzego przepychu czy rozmachu. Potem udalismy sie na zachod slonca nad pobliskie nabrzeze szerokiej rzeki Tonle Sap (tej samej ktora laczy sie z jeziorem kolo Siep Reap). Po drodze, na skwerze zatrzemalismy sie przy sporej grupie, grubo ponad setki osob uprawiajacych uliczny aerobic. Schemat ten sam co w Battambangu - prowadzi mlody chlopak, a za nim skacza same panie...:) Nie brakowalo im widowni :).Na nadrzecznym bulwarze tez sporo sie dzieje - mnostwo sprzedajacych rozne roznosci. Najciekawsze byly przenosne mini kuchenki-paleniska (na dlugim dragu niesionym na karku po obu stronach przywieszone 2 miski, jedna z zarzacym sie mini-paleniskiem, druga ze skladnikami. I jeszcze jedna ciekawostka - zauwazylismy jedna pania, ktora w ogromnym plaskim koszu na glowie niosla nopale!!! (gwoli wyjasnienia - to typowo meksykanskie danie-liscie kaktusa opuncji). By skierowac swe kroki na relaksyjace piwko zasugerowalismy sie przewodnikiem Lonely Planet i udalismy sie do Mama's Restaurant kilkanascie przecznic na zachod od rzeki. Po drodze przygladalismy sie zyciu Kambodzanczykow w stolicy. Traflismy na niewielka zamknieta przez policje uliczke (policjanci pozwolili nam przejsc). Okazalo sie ze zamknieta jest ze uwagi na wesele - stoliki wylewaly sie na ulice. Pomyslelismy ze zeni sie jakis wojskowy bo przy stolikach sami mundurowi. Stanelismy na chwilke przygladajac sie dekoracjom a jeden z owych mudurowych do nas podszedl. Wyjasnil ze te ok 70 facetow ktorych wlasnie widzimy to wszystko... policjanci ktorzy ochraniaja gosci i ich samochody (nie wiem jak to robili siedzac za stolikami). A bylo co chronic, jak sie rozejrzelismy po uliczce to same terenowe Lexusy, Audi i Toyoty (ogromne). Jeden terenowy Lexus pieknie przybrany kwiatami byl wlasnoscia panny mlodej. Tuz obok nad niewielkim ogniskiem piekla sie... cala krowa!!! (troche mniejsza niz u nas ale zawsze!). Mama's restaurant okazalo sie troche przereklamowane i drozsze niz zapewnial przewodnik LP, ale jedzenie trzymalo tutejsze standardy czyli bylo smaczne. Natomiast sporym przezyciem byla wycieczka do lazienki. Szlo sie przez kuchnie (ktora nie wygladala wcale tak zle jak na kuchnie ktore juz tu widzielismy), natomiast takiej lazienki jeszcze w zyciu nie widzialam. zlewy nie bylo, tylko wymurowany "basenik"w ktorym napuszczona byla po brzegi woda. Woda ta sluzyla tak do mycia rak (jednak sie nie zdecydowalam) jak i przelewania kibelka za pomoca rondelka... A sciany... powiem tylko tyle ze sciany w chlewie gdzie mieszkaja swinki u mojej Babci na wsi wygladaja lepiej...

sroda - 7.01.2009 - Siem Reap (Angkor)

dzien zaczelismy wczesnie, bo jeszcze w nocy ;) Wiktor wstal pierwszy, okolo 4.30 i pobudzil wszystkie okoliczne koguty. Jak te swoje odpialy stwierdzilam ze trzeba zdazyc na niezapomniany wschod slonca nad Angkor Wat. wyjechalismy naszymi rowerami z koszykami gdy byl zupelnie ciemno i tylko pieknie rozgwiezdzone niebo dodawalo nam otuchy. Juz po okolo pol godzinie dziarsko rozstawialismy statyw przed jeziorkiem pelnym pieknych fioletowych lilii (wiedzielismy to z dnia poprzedniego) a niebo powoli sie oblewalo pierwszym brzaskiem. Wsrod niemalego tlumu do nas podobnych udalo nam sie porobic piekne zdjecia (co potwierdzimy po zgraniu). Potem zwiedzilismy najwieksza i najbardziej slynna ze swiatyn Angkoru przy pieknym wschodzacym sloncu i prawie braku turystow. Jak tylko zaczely sie wlawac do kompleksu kolejne wycieczki czyli okolo 8.30-9.00 my wlasnie skonczylismy :). Mimo tak wczesnej pory, slonce juz niezle zaczelo palic. Potem bylo niestety coraz gorecej... Wychodzac juz z Angkor Wat bylismy swiadkami ciekawego zjawiska, a mianowicie orszaku slubnego. Niesamowicie strojnie, po kmersku poubierani panstwo mlodzi oraz cala ich swita czyli 4 druchny i 4 druchow, wszyscy ubrani w komplecie do panstwa mlodych czyli na niebiesko :). Zaniedlugo podjechali 3-ma samochodami inni - rozowi. Potem jeszcze nam migneli fioletowi, zolci i pomaranczowi. Ciekawe czy te kolory cos oznaczaja...
Tymczasem temperatura nabierala na sile... Juz sama nie wiem czy lepsze plus 38 czy minus 20... Pora na sniadanie bo wybila juz 10.00 - jako ze w poprzednich dniach obiad jedlismy na kolacje, to tego dnia postanowilismy nadrobic i zjedlismy pierwszy obiad na sniadanie :). Makaron z warzywami i kurczakiem za 1,5 dolara za porcje, gdzies miedzy jednym kompleksem swiatynnym a drugim. Za naszymi plecami, na ulicy przechadzaly sie slonie :).
Nastepny przystanek tego dnia to drugi koronny kompekt swiatyn: Angkor Thom. Pospacerowalismy po slynnym tarasie slonim, potem przeszlismy na dziedziniec i obejrzelismy Phimeanakas. Wygladal podobnie do piramid Majow, ale ze wzgledu na oslaniajacy upal odpuscilismy sobie wspinaczke. Kolejna swiatynia w tym kompleksie to Preah Palilay - opisywana w przewodniku jako najbardziej "ätmosferyczna" - owszem musiala taka byc dopoki nie wycieli 6 ogromnych drzew porastajacych schody. Teraz, ze sterczacymi kikutami wysokosci okolo 2-3 m widok przyprawia co najwyzej o lzy... Mimo ze swiatynie te sa polozone w dosc gestej dzungli, upal stawal sie nie do zniesienia. Poniewaz i tak skonczylismy wlasnie ogladanie najwazniejszych swiatyn, postanowilismy wynajac tuktuka aby obejrzec dalsze swiatynie polozone ok 30 km dalej. Tak tez uczynilismy a kierowca wiozl nas przed ponad godzine przed bardzo malownicze wioski, powtykane w gaje palmowe (palmy roznej masci i wielkosci ale wszystkie bardzo basniowe). Ta oddalona swiatynia to Banteai Srei - faktycznie byla inna niz dotychczas widziane - jakby miniaturkowa, z pieknie zachowanymi plaskorzezbami i motywami pol-ludzi-pol-malp... A wszystko w pieknym rudym kolorze. Slonce niestety ciagle jeszcze nie dawalo za wygrana wiec w drodze powrotnej schronilismy sie przed nim odwiedzajac muzeum min przeciwpiechotnych. Sporo rozbrojonych niewybuchow, ale najwieksze wrazenie robily relacje zalozyciela mueum, Khmera, ktory w latach 70-tych jako dziecko te miny zakladal nie zdajac sobie wtedy sprawy ze robi cos bardzo zlego. Pod koniec lat 80-tych, po zakonczeniu wojny, poniewaz bardzo dobrze znal wiele min postanowil zajac sie naprawianiem tego ogromnego zla, ktore wyrzadzil rezim Pol Pota i zostal czolowym Kambodzanskim saperem. Zalozyl tez fundacje ktora wspiera ofiary min i wielu sierotom dal prace w swoim muzeum i fundacji. Niesamowity czlowiek, podobno rocznik 1970 (nie wie sam bo wczesnie zostal sierota). Po tej dosc wstrzasajacej wizycie wrocilismy na naszych rowerkow zaparkowanych przy Angkor Wat, i po wsunieciu kukurydzy z baaaardzo prymitywnego grilla od jakiejs babci pojechalismy do hotelu na codzienny rytual zmywania ogromnej ilosci kurzu z .... wszystkiego.
Kolacja wynagrodzila nam trudy i upaly, bo znow Khmerskie jedzenie okazalo sie nie do pobicia przed tajskie... Pycha - sour soup with coconut milk oraz Khmer curry to nasze typy numer 1 w naszej dotychczasowej podrozy :) - w restauracji Khmer Kitchen w Siem Reap. Po drodze kupilismy tez bilety autobusowe na jutro rano do Phnom Penh - kolejna stolica przed nami. Ciekawostka - prywatna firma autobusowa zabiera wszystkich spod hotelu i to w ramach biletu wiec nie musimy sie martwic o dojazd na dworzec. Tyle ze godzine wczesniej trzeba byc gotowym :)

wtorek - 6.01.2009 - Siem Reap (Angkor)

Dzisiaj zrobilismy w Angkorze tzw. dluga petle czyli 26 km po swiatyniach plus 14 km dojazd, czyli w sumie 40 plus rownie meczace zwiedzanie budowli. Na niektore trzeba sie bylo nawet wspinac, jdnym slowem - trening zaliczony. Ja jednak kocham zwiedzanie na rowerze. To jest to.
Ale przechodzac do szczegolowow. Wstanie o swicie zostawilismy sobie na jutro, a dzisiaj kulturalnie sie wyspalismy do 8.30. Potem sniadanko zlozone z buleczki, bananow i kawki (prawie jak Wloszczowska czy Malysz). Potem na rowerki i w skwarze do Angkoru. Tego dnia zwiedzilismy nastepujace swiatynie w kolejnosci chronologicznej: Pre Rup (przypominajaca piramide), East Mebon (pozostalosci po swiatynii polozonej na samym srodku zbiornika wodnego), Ta Som (bez rewelacji), Preah Neak Pean (inna niz wszystkie skladajaca sie z jednego glownego basenu ze swiatynka po drodku oraz 4 malymi basenami przylegajacymi z kazdej strony swiata), Preah Khan, Bayon oraz Angkor Wat. Trzy ostatnie wywarly na nas najwieksze wrazenie. Preah Khan jest troche podobna do zarosnietej przez dzungle Ta Prohm, lecz jest zbudowana na planie krzyza. Charakterystyczne dla niej sa bardzo dlugie korytarze oraz wiele zakamarkow.
Przy cieplym popoludniowym sloncu zwiedzalismy Bayon - jedno z piekniejszych miejsc w calym kompleksie Angkor. Swiatynia charakteryzuje sie znakomicie zachowanymi rzezbionymi twarzami buddy. W srodku mozna robic zdjecia zywym apsarom, czyli kobietom khmerskim poprzebieranym w tradycyjne stroje.
Na deser zostawilismy sobie Angkor Wat o zachodzie slonca. Znalezlismy bardzo dobra miejscowke i rozpoczelismy szalenstwo fotograficzne, ktorego efektem powinno byc sporo dobrych zdjec. Do srodka Angkoru jeszcze nie dotarlismy. Jutro ostatnia szansa.
Po Angkorze oczywiscie obowiazkowy prysznic i znowu na rowerkach "na miasto". Tym razem skusilismy sie za namowa poznanych Anglikow na sprobowanie dan z kuchni czysto ulicznej. Wyglada to tak, ze przy kilku mniejszych uliczkach po poludniu rozstawiane sa dziesiatki stolikow i krzeselek. Garkuchni jest rowniez kilkadziesiat. Kazda oferuje to samo menu i za te same ceny. Sprobowalismy Fred rice with vegetables and chicken oraz rice noodles with chicken. Obydwie potrawy po dolarze, smaczne choc bez rewelacji.
Dzisiaj mielismy rowniez przygode z pralnia. Oczywiscie do plecaka dalo sie zabrac 7 kompletow ciuchow, aby jego waga na podroz byla rozsadna, wiec bylismy nastawieni na pranie co tydzien. Dzisiaj rano oddalismy nasze rzeczy i na warunkach one kilo, one dollar - zawierzylismy profesjonalizmowi kambodzanskich gospodyn. Niestety wieczorem bylismy niemilo zaskoczeni, bo jedna z Agi koszulek miala wielka purpurowa plame na srodku a jedna sztuka Wiktora bielizny niestety sie zagubila...
Wieczorem przestudiowalismy przewodnik i swiezo nabyta ksiazke o Angkorze w celu identyfikacji miejsc, ktore warto ogladac o swicie. Nastawilismy budzik... nienajlepiej pobudka za 4,5 godziny...

poniedzialek - 5.01.2009 - Siem Reap (Angkor)

W poniedzialek postanowilismy zrobic w Angkorze tzw. krotka petle. Oczywiscie na rowerach (nie byle jakich! - wiejska kambodzanska (czy chinska) koza, 1 bieg, wielka siodlo/kanapa :)). Krotka petla to 17 km po najbardziej sztandarowych zabytkach Angkoru. Zaczelismy od Banteay Kdei - spokojnej, romantycznej swiatynii z 12 wieku, ktora odwiedza niewielka ilosc osob. Vis-a-vis zwiedzilismy wielki zbiornik wodny z woda ktora niegdys sluzyla do nawadniania pol ryzowych. Nastepnie udalismy sie do slynnej Ta Prohm, ktora najglebiej nam zapadla w pamieci. Ta Prohm jest miejscem, gdzie czlowiek nabiera respektu do przepoteznych sil natury. W piekne mury, niejednokrotnie misternie zdobione wrasta dzungla, a przede wszystkim drzewa zwane puchowcami z majestatycznymi korzeniami. To wlasnie te korzenie sprawiaja, ze w tym miejscu jest niepowtarzalnie i wrecz mistycznie. Tak naprawde to slo To wlasnie te swiatynie wybrali scenarzysci i rezyserzy Tomb Raidera i wlasnie w niej krecona byla czesc scen. Slowa nie sa w stanie oddac niezwyklosci tego miejsca (troche zdjec i moze filmy wrzucimy nastepnym razem). Nastepnie udalismy sie do Ta Keo - ktora jest swiatynia-piramida. Bardzo stroma nieco przypominajaca piramidy Majow. Potem zwiedzilismy dwie blizniacze swiatynie Thommmanon i Chau Say Tevoda. Po tych miejscach mozna bylo jezdzic na rowerze w przeciwienstwie do innych co skrupulatnie wykorzystalismy, robiac sobie rowniez zdjecia rowerowe w tak niesamowitym otoczeniu. Po drodze do Angkor Thom zwiedzilismy jeszcze urocze wiezyczki, rowniez w ksztalcie kwiatu lotosu (tak jak wiekszosc swiatyn tutaj). Bardzo nam sie podobaly zdobienia w Terrace of Leper King. Zdobienia przedstawialy postaci kobiet i mezczyzn, znakomicie zachowane, gdyz umieszczone w wysokim tunelu okalajacym taras.
Zwiedzilismy jeszcze po drodze czesciowo zamkniety Baphuon i dzien zwiedzania zakonczylismy w Preah Bakheng, swiatyni polozonej na szczycie gory. Ze szczytu jest niezly widok na Angkor Wat przy zachodzacym sloncu oraz na panorame okolicy. Niestety nie tylko my o tym wiedzielismy, dlatego tez na szczycie spotkalismy setki osob.
Dzisiaj zdarzyla sie rowniez rzecz niesamowita - w Ta Prohm - tej swiatynii, ktora nam sie najbardziej podobala, spotkalismy Rafala i Magde. Przypuszczalnie, gdybysmy sie umawiali to ciezko byloby sie spotkac w Polsce w Warszawie, a tu masz - spotykamy sie z odleglej Kambodzy. Oczywiscie umowilismy sie na wieczor na kolacje, ktora spedzilismy w przemilej atmosferze opowiadajac sobie historie z podrozy po calym swiecie. My z Aga sprobowalismy sztandarowe danie kuchni khmerskiej, czyli amoc - gesty sos z warzywami i dowolnym miesem podawany na lisciu banana wraz z ryzem.

niedziela - 4.01.2009 - Battambang - Siem Reap

Wczoraj wieczorem wykupilismy rejs lodzia (tzw. long boat) az do Siem Reap. Dzisiaj znowu mielismy wczesna pobudke. Zbiorka o 6.30 i darmowy busik nas wiezie do na przystan. Tuz przede zapakowaniem sie do busika Aga pobiegla do piekarni i kupila pyszne bagietki i sporo innych piekarnianych wynalazkow. Na lodzi bylismy jedni z pierwszych wiec soie zajelismy dobre miejsca z przodu. Do godziny 7.00 zebralo sie bardzo duzo bialych, tak ze wolnych siedzacych miejsc juz nie bylo. Czesc z nich musiala zajac miejsca na dachu. Po 7.00 dodatkowo jeszcze na lodke zaladowala sie grupa lokalesow wraz z inwentarzem (na szczescie glownie w postaci workow z ryzem, torby miesa, owocow i innych dobr). W sumie naliczylismy ok 70 osob. Dla porownania przewodnik Lonely Planet mowi o 25-40 osob na lodce, przy czym 25 to norma w porze suchej, gdy poziom wody jest niski. Nie musze dodawac, ze jestesmy tu w porze suchej...
Trasa prowadzi rzeka Sangker River, nastepnie przez jezioro Tonle Sap. W prostej linii z Battambang do Siem Reap jest ok 80 km, droga (szosa to tego czegos sie nie da nazwac) 117 km. Mysle, ze rzeka to podobny dystans, bo na mapie rzeka bardzo kluczy, o czym mielismy sie przekonac juz niedlugo. Ale po kolei.
Poczatkowo rzeka prowadzila przez zamieszkale okolice Battambang, gdzie brzeg jest wysoki a domy budowane na palach. Rzeka szeroka na jakies 20-25 m. W miare jak plynelismy brzeg sie obnizal i naszym oczom zaczely sie okazywac pola ryzowe. Bieda w tych rejonach az piszczy. Domy, ktore nawet ciezko nazwac domami, bo to raczej sterty bali bambusowych z dachem ze wszystkiego co sie mieszkancom udalo znalezc.
Po rozwudleniu rzek wplynelismy na tereny podmokle a szerokosc rzeki zmniejszyla sie do 10 metrow. Tutaj ludzie zyja juz tylko i wylacznie w domach-lodkach. Gdzieniegdzie widzielismy wielkie rusztowania z sieciami rybackimi. Meandry rzeki w niektorych miejscach byly tak ostre (zakrety 180 stopni) a zarazem bylo tak wasko (ok 5 m), ze lodz nie dawala rady skrecic na raz. Obsluga pomagala wioslami.
W pewnym momencie wplynelismy w tak waski i plytki kanal, ze wszyscy mielismy watpliwosci czy tam nie utkniemy. Kanal, po bokach zarosniety krzakami, byl szerokosci naszej lodzi. Silnik cala naprzod, ale lodz jakos sie nie rwie. Od czasu do czasu zahaczalismy o dno. Ostatecznie jakos udalo sie przeplynac na jezioro.
Po drodze mielismy jeszcze przystanek na ananasa. Po 7 godzinach wyplynelismy wreszcie na jezioro. Nie musze dodawac, ze miejsca na dolnym pokladzie dosc szybko opuscilismy bo z dachu bylo o wiele wiecej widac. Widzielismy np. czesciowo przykryty woda spetryfikowany las. Las ow zawsze w porze monsunu znajduje sie pod woda. Nie zapomniany widok to rowniez slynne plywajace wioski.
Na przystani w Siem Reap bylismy o 16.30 czyli po 8,5 godzinie, jak okresla Lonely Planet, najbardziej spektakularnego rejsu w Kambodzy. Trudno sie z nim nie zgodzic. :)
Jeszcze zanim lodka przybila do brzegu chmara kierowcow tuk-tukow, rzucila sie na poklad z tekstem "One dollar to town". Po okolo godzinie znalezlismy hotelik na 1 noc, ktory nastepnego dnia postanowilismy zmienic na bardzo przyjemny Red Lodge - niedaleko centrum. 7 USD za pokoj wraz ze sniadaniem i darmowymi rowerami (niektorzy czekali na ten news :))
Specjalnie nie zwlekajac wsiedlismy na rowery i pojechalismy do oddalonego o 6,5km Angkoru, aby jeszcze dzisiaj kupic 3-dniowe bilety i obejrzec zachod slonca. Niestety spoznilismy sie o 15 minut. Wieczorkiem zrobilismy jeszcze maly rekonesans po Siem Reap i sprobowalismy jednego z typowych dan kuchni khmerskiej - Khmer Green Curry w restauracji Khmer Kitchen (3 USD czyli 12000 rieli).
Dygresja: dzieci w tym kraju sa niesamowite. Te ze wsi sa bezbronne i niewinne, prawie wszystkie radosne. Usmiechy niektorych wrecz rozkladaja najwiekszych twardzieli na lopatki...

sobota - 3.01.2009 - Bangkok - Aranya Prathet - Poipet - Battambang

Pobudka 4.30, o 5.00 juz sie wykwaterowywalismy. Taksowkarz myjacy swoja Toyote Camry (w Bangkoku taksowkami sa tylko Camry) przed wejsciem do Lamphu Guesthouse zaspiewal 200 BHT na dworzec Mo Chit (without meter) ale na szczescie juz za 3 min siedzielismy w taksowce, ktora zgodzila sie wlaczyc taksometr. Wyszlo 95 BHT wiec ponad polowe taniej (a jechalismy ok 20 min wiec szybko). Na dworcu, zgodnie z radami z www.talesofasia.com podeszlismy do okienka 23, jednak nas odeslali do 22. Po upewnieniu sie ze kupujemy bilet do Aranya Prathet na Public Bus (207 BHT czyli ok. 17 zl) uslyszelismy, ze zdazymy jeszcze na 5.40 (a byla 5.33) wiec sie ucieszylismy. Zaraz po wyjsciu do zatoczek pokazal nam sie nasz autobus o zgrabnym numerze 999 (stanowisko 116). Taaa, dworzec naprawde ogromny...:)
Autobus odjechal co prawda 5.50 ale i tak super sprawnie nam wszystko przebiegalo :). Niedlugo po wyruszeniu pan konduktor/bileter/kelner/ochroniarz (wszystko w jednym) rozpoczal on-board service czyli rozdal wszystkim po kubku wody (zafoliowany jak jogurt) i zgrabnym niebieskim pudeleczku, w ktorym znalezlismy 1 muffinka i caly zestaw do robienia kawy (z cukrem i smietanka). Nie wiemy tylko po co to bylo, bo juz goracej wody nie oferowal...:( Jako ze pora byla ciagle jeszcze dosc nocna, to juz nie dociekalismy tylko rozlozylismy siedzenia niemal do pozycji lezacej (pierwszy raz takie w autobusie widzielismy) i poszlismy w kime...Zasypialismy obserwujac zycie Tajow skupione wokol kanalu wzdluz ktorego prowadzila droga przez wieeeele kilometrow. Obudzilismy sie juz w miescie przegranicznym, Aranya Prathet...byla 10.00. Tam pod autobus podjechalo od razu kilku tuktukowcow (Wiktor na szczescie nauczyl sie niemal na pamiec schematu niebanalnego wcale przekraczania granicy tajsko-kambodzanskiej) i od razu wiedzial ze prosto z autobusu trzeba wziac tuktuka za 80BHT do granicy tajskiej oddalonej o 6 km (czemu oni nie buduja miast na granicach, patrz np. Cieszyn), co uczynilismy. No i dosc szybko mielismy rozrywke: nygus tuz przed brama wyjazdowa z Tajlandii (dokad mial nas wlasnie dowiezc) skrecil w prawo w boczna uliczke chcac nas naciagnac na kupienie wizy. Oczywiscie podjechal do chmary jemu podobnych skupionej przy jakiejs budzie....Mimo naszych prosb i informacji ze wizy juz mamy nie zawrocil, tylko pojechal dalej,do rzekomego konsulatu Kambodzy (tak przynajamniej glosil napis na bramie), rowniez w tym samym celu. No wiec gdy jeszcze raz powtorzylismy straznikowi ktory do nas podszedl ze juz mamy wizy, ten dopiero polecil kierowcy zawiezc nas do granicy... O, jak dobrze ze chociaz ta formalnosc dalo sie zalatwic wczesniej w Warszawie i ze to zrobilismy oszczedzajac sobie kolejnego stresu w postaci zakupu wizy na tej koszmarnej granicy... (a o tym tez cale historie czytalismy, ze to dluugie i niefajne przejscie).
Kolo wysadzil nas jakies 300 m przed granica i dalej poszlismy w strone... nieziemskich kolejek... Na szczescie kolejki zlozone byly z Tajow, ktorzy mieli osobna kolejke :). My skierowalismy sie do napisu "foreigners". Tuz przed jakis gosc podszedl do nas (pewno w dobrej wierze) i zapytal: "Where are you going? Cambodia?" i pokazal reka na tabliczke do ktorej juz podchodzilismy... Chcial sie czuc potrzebny pewnie... Ustawilismy sie w kolejce ok 30 obcokrajowcow i juz po 25 min mielismy stempelki wyjazdowe z Tajlandii... Dalej piechota to przejscia granicznego z Kambodza. Jak tylko wyszlismy na droge pierwsze wrazenie bylo dosc piorunujace (myslalam ze takie obrazki sa raczej dla Wietnamu zarezerwowane): ogromna kolejka sporych wozkow, w ktore zaprzezeni bylo b. biedni ludzie, w obdartych, brudnych lachmanach, w roznych nakryciach glowy i szyi (niektorzy w maskach)...wiezli przerozne towary na tych przeladowanych wozkach... Widok takiej biedy, znoju i upodlenia czlowieka wyzwolil w nas jek rozpaczy... Po ok 400 m takich obrazkow i przejsciu przez ogromna brame z napisem Welcome to Cambodia po obu stronach drogi ukazaly sie rzedy hoteli i kasyn (to tutaj przyjezdzaja tlumnie Tajowie stad ta ogromna kolejka). Za nimi mial byc punkt graniczny. Zupelnie nie bylo zadego budynku kontroli granicznej, tylko jakis niewielki barak po prawej stronie z jednym jedynym napisem ARRIVALS. Udalismy sie tam, owszem bylo ze 3 bialych (wypelniajacych jakies kartki), ze 2 panow w mundurach (pomagajacyhc wypelniac kartki) i 2 okienka kompletnie bez jakiegokolwiek napisu. Postalismy tam chwile po czym zgodnie stwierdzilismy ze to nie moze byc punkt graniczny bo ani slowo o tym nie informuje... No wiec wyszlismy i poszlismy sobie piechota dalej... Na rondzie dopadlo do nas ze 3 tuktukowcow czy tez rzekomych przewodnikow i cos tam krzyczeli ze nie wolno nam dalej isc tylko musimy wziac cos do podwiezienia (motor, tuktuk, bus, taxi)... My jednak odporni na takich nacigaczy (i poinformowani na roznych blogach i talesofasia) wiedzielismy ze dopiero po przekroczeniu granicy mamy czyms podjechac okolo 1 km). No wiec suniemy dziarsko do przodu obserwujac malo fajne widoki - przed nami szeroka i dluuuuga droga, nawierzchnia z ziemi, a wiec i tumany kurzu, po oby stronach rozne stragany a wszystko w kolorze biedy.... No tak, to jednak kraj Trzeciego Swiata... Po przejsciu jakichs 400m stwierdzilismy ze cos jest jednak nie tak bo tego przejscia granicznego nie ma... Wiec postanowilismy jednak zawrocic... Dochodzac do ronda wyszedl nam naprzeciw policjant z poleceniem abysmy mu pokazali nasze paszporty. Powiedzielismy ze wlasnie idziemy do granicy (z dosc nietypowej moze strony ale zawsze), wiec na szczescie pokazal nam budynek dokad mamy sie udac. No i byl to wlasnie ow barak, ktory 15 min wczesniej uznalismy ze przejsciem granicznym byc nie moze... Pieknie, weszlismy do Kambodzy bez stempelka - czlowiek sie jednak uczy przez cale zycie... Po otrzymaniu 3 stempelkow, jakis kolo od razu zaczal nam krzyczec ze autobus juz na nas czeka by nas zawiezc na Transport Terminal... No ok, zgodzilismy sie bo wiedzielismy ze tak to tam funkcjonuje - ok 1 km od granicy mialo byc zaglebie taksowkowe (do Siem Reap i Battambang). Autobus jednak nie zatrzymal sie ani po 1 km, ani po 2, ani po 3... Dopiero po jakichs 6 czy 7 km, jak wyjechal na totalne pustkowie naganiacz wskazal nam ze tam w polu jest nowy terminal... Wokol terminala" stalo sporo taksowek. Gdy wysiedlismy, okazalo sie w ogromnej hali zupelnie pustej w srodku jest calkiem sporo Kambodzan i tylko 3 bialych - wiedzielismy ze cos jest nie tak. 2 Australijki mialy wykupiona juz taksowke duzo wczesniej tylko musialy czekac na 2 inne osoby by jechac we 4. Trzecia osoba byl samotny calkiem sympatycznie wygladajacy chlopak. Wiktor do niego podszedl i okazalo sie ze chlopak chce jechac do Phnom Penh (ok 400 km taksowka!!!) i woli przez Battambang niz przez Siem Reap ze wzgledu na duzo lepsza droge. To bylo nam zupelnie po drodze i koniec koncow chlopaki uzgodnili ze my my do Battambang placimy po 10 USD, a on 25 USD. Super - cena wyszla zgodna z przewidywaniami, ale chyba tylko dlatego, ze jak sie pozniej okazalo kierowca jechal z zona i coreczka do domu czyli do stolicy wlasnie. Co ciekawsze - calosc negocjacji i formalnosc zalatwialo sie przy stoliku w hali, a nie widzielismy by kierowca dostal cokolwiek do reki... Wsiedlismy wszyscy do Camry (pani zona i coreczka z przodu) i wyjechalismy na calkiem nowa, fajna droge...:) Nathaniel okazal sie bardzo fajnym gosciem, z ktorym ze sporym obopolnym entuzjazmem przegadalismy cala droge, ktora nam minela baaardzo szybko. Droga tez byla bardzo OK (pewnie dlatego, ze nowa). Po wymienieniu sie mailami, o 13.00 kierowca wysadzil nas... gdzies w Battambang. Ale nie ma sie co martwic - jeszcze nie zdazylismy wyjac przewodnika z placaka by odszukac na mapce nasze aktualne polozenie, a juz 2 panow na motorkach podjechalo i oferowalo nam podwiezienie i nocleg w hotelu Chhaya. Po sprawdzeniu w przewodniku co pisza o tym hotelu postanowilismy przynajmniej rzucic okiem. Jeden pan wzial moj plecak przed siebie, ja siadlam z tylu, a Wiktor ze swoim plecakiem na plecakach siadl u drugiego pana... Pierwszy raz jechalismy w ten sposob na motorach ;). Po przywiezieniu na miejsce wybralismy pokoj jasny (na 3 pietrze), poswiecajac ciepla wode (taki wypas niestety oferowal pokoj z oknem na korytarz=ciemno). Ale za to 5 USD za caly pokoj, wiec milo :). Chyba pierwszy nasz taki tani nocleg. Pan od motorku poszedl z nami do pokoju i zaczal opowiesc gdzie to on nas moze nie zawiezc, ale dal spora cene za 3 h zwiedzania, wiec jednak postanowilismy skorzystac z opcji rowerkow. I zawiezlismy sie za miasto na przejazdzke Bamboo Train czyli stara kolejke bambusowa. Niezla przygoda - na waskich torach panowie klada 2 osie zelaznymi kolkami, na to bambusowa platformie i silniczek i wioza do oddalonej o ok 7 km wioski gdzie wypala sie cegly. Stan szyn - oplakany (podobnie jak naszych siedzen po przejazdzce), ale zabawa naprawde przednia. Trasa prowadzi wsrod pol ryzowych, a ze wlasnie jest czas zbiorow, to mielismy okazje poprzygladac sie jak wyglada zbior ryzu... sierpem. Jeszcze lepsza przygoda jest gdy z naprzeciwka nadjezdza wracajacy wlasnie Bamboo Train - jeden z pojazdow trzeba rozebrac - zasada jest taka, ze jest to ten ktory jest mniej zapakowany. A ze na naszej platformie wiezlismy tez i rowery, to zazwyczaj my bylismy bardziej zapakowani :). To byly tez nasze pierwsze godziny z Kambodzanczykami. Niesamowici sa ci ludzie - pomimo ogromnej biedy, zycia w rozlatujacych sie szopach (kolejka odjezdzala z bardzo biednej wioski) sa bardzo pogodnymi ludzmi. Na nasz widok wszyscy sie usmiechaja, dzieci wybiegaja z domow i krzycza z wielkim szczesciem HELLO!!! Strasznie to naprawde mile i powoduje, ze czlowiek naprawde niesamowicie sie dobrze czuje tak daleko od domu. I duzo sie tez uczymy - no. jak majac tak niewiele, mozna byc takim szczesliwym, zyczliwym i serdecznym.
Wracajac z niecodziennej przejazdzki, na skwerze w Battambangu zobaczyslimy open-door aerobic. Tez niezla osobliwosc: spore calkiem grupy pan skacza na dworze przy muzyce ktora puszcza zazwyczaj jakis pan i owe podrygi prowadzi... Podobno lokalesow kosztuje do 500 rieli na caly wieczor (1 USD to 4000 rieli).

piatek - 2.01.2009 - Bangkok

Swietowanie Nowego Roku w Bangkoku odbywa sie dosc powsciagliwie. Po ludziach widac niewiele, ale za to ulice sa dosc ciekawie przystrojone. Okazalo sie, ze lotem Etihas Airways przenieslismy sie nie tylko w przestrzeni, ale i w czasie. W Tajlandii jest juz 2552!
Dzisiaj zwiedzilismy najwazniejsze punkty Bangkoku, wielkiego lezacego budde i kompleks swiatyn wraz z wielkim palacem. A potem jedzenie do Chinatown, ktore nie bylo najlepszym wyborem, daleto go na kolacje juz sie zdecydowalismy na pyszny Pad thai. Chyba kchnia tajska nam bardziej pasuje :)
Jutro do Kambodzy.





czwartek - 1.01.2009 - Bangkok


Przyjechalismy do ... lata. Przed wyjsciem z lotniska slusznie zrzucilismy zimowe ciuchy by juz po kilku minutach wdychac cudowne 24-stopniowe przepelnione zapachem kwiatow tajskie powietrze...
Witamy w kraju mango i curry!

Z lotniska najpierw Shuttle Busem ze stanowiska 5 pojechalismy na Bus Terminal, skad Public Bus numer 556 za 35 Bhatow juz po ok 40 min wysadzil nas przy Khao San - skad juz mielismy blisko do naszego wykupionego hotelu na pierwsza noc (na Soi Rambuttri). Tak blisko bylo, ze krazylismy przez 2,5h w gestwinie uliczek (juz mielismy powazne podejrzenia ze LAMHPU House to zwykle oszustwo - nikt nie wiedzial co to takiego). Co ciekawe, Tajowie jak nie wiedzieli gdzie cos jest, mowili uczciwie. Dopiero dziesiata zapytana osoba udzielila nam wreszcie dobrej informacji a guest house pod numerem 75 ukryl sie wsrod numerow 43-49 z tylu uliczki...
Jak juz wreszcie dotarlismy do pokoju (390 BHT) to tak sie ucieszylismy ze postanowilismy go solidnie uzyc - i padlismy na 5h (nalezalo sie nam po blisko 40h podrozy).
A potem - wreszcie prawdziwe wakacje. Spacer krajoznawczy po Soi Rambuttri w celu upolowania pierwszych pysznosci tajskich. Wiktor zjadl Green Curry (hot!) vegetable with chicken a Aga Thai noodles with chicken (lacznie z shake'ami owocowymi wyszlo 190 BHT). Zyc nie umierac. A potem jeszcze kilka shake'ow z mango (80% mango, 20% lodu). Na deser byl jeszcze bananowy nalesnik z ulicznego straganiku.
Ogolnie bardzo nam sie podoba na razie - niesamowita atmosfera, cieplutko, beztrosko...