poniedzialek - 26.01.2009 - Bangkok-Abu Dhabi-Londyn

Przed nami jeszcze tylko 14 godzin lotu i bedziemy juz "prawie" w domu czyli w Londynie... Na lotnisko busik o tej porze dowiozl nas w 40 min a wiec mielismy 3 h do odlotu. Na pokladzie kolejne filmiki oraz gra w Milionerow, ktora nas tak wciagnela ze nie chcialo sie nam wysiadac! A przeciez kazdy z 2 lotow Etihadem trwal po 7 godzin! Dbaja chlopaki o klienta, naprawde polecamy emirackie linie lotnicze.

Do tego na lotnisku w Abu Dhabi kupilismy wiadereczko emirackich daktyli, ktore sie juz w domu (ech, too late to buy more) okazaly najlepszymi daktylami jakie w zyciu jedlismy!!!
Widoki w okolicach Abu Dhabi:

Wyprawa byla naprawde cudownym czasem spedzonym na ciaglym poznawaniu czyli czyms co naprawde kochamy! I na pewno jeszcze wrocimy, by zobaczyc... Tajlandie, Laos i Wietnam.

niedziela - 25.01.2009 - Bangkok

Ostatni dzien trzeba bylo dobrze wykorzystac. Tym bardziej ze to miast oferuje wiele ciekawych atrakcji. Poniewaz nie wyszla nam w tej podrozy wyprawa do Chiang Mai, gdzie planowalismy zapisac sie do szkoly gotowania, postanowilismy pojsc do takowej szkolki z Bangkoku. Jeszcze w sobote wieczorem, juz po 22, przeszlismy sie na koniec Kao Sanu do restauracji wegetarianskiej, ktora organizuje takie wlasnie szkoly. O 9.00 rano stawilismy sie w niewielkiej restauracyjce bardzo blisko naszego Soi Rambutrri, po drugiej stronie kanalu, w innej restauracji slynnej pani Mai Kaidee. Kobitka zjawiskowa, naprawde. Niezla z niej tajska damulka: pieknie tradycyjnie ubrana, caly stroj okraszony bogata zlota (badz zolta) bizuteria, do tego parasoleczka od slonca...
Mai Kaidee

szkola zaczela sie od wizyty na targu, gdzie pani objasniala i pokazywala nam rozne charakterystyczne dla kuchni tajskiej warzywa i przyrawy takie jak trawa cytrynowa, galangal (nie wiem jak jest po polsku, pewnie tak samo), kaffir lime leaves, rozne sosy tajskie (ostrygowy, sojowy ciemny i jasny, grzybowy, rybny - nie polecala). Po drodze odwiedzilismy tez miejsce w ktorym 2 panie piekly placki/nalesniki na sajgonki. Co ciekawe z maki pszennej, nie ryzowej:

po powrocie do restauracji na zapleczu zastalismy przygotowane 3 stanowiska do gotowania i wszystkie potrzebne skladniki w malych miseczkach ustawione wokol kuchenki z wokie. No tak gotowac, to sama przyjemnosc :). A obok caly oddzial starszych i mlodszych kobitek pod przywodztwem mamy Mai obieral rozne warzywa i skladniki...
Gotowalo sie bardzo fajnie, w miedzynarodowym towarzystwie (para starszych Austriakow, Tajka (!) w naszym wieku (od 14 roku zycia mieszkala w USA i teraz powrociwszy nie potrafila gotowac tajskiego jedzenia) i Australijka. Przepisy na 10 potraw ktore mielismy przygotowac mielismy wydrukowane na kartkach. To bylo niesamowite!!! trzymajac sie przepisu i uzywajac przygotowanych skladnikow (z ktorych tak naprawde najbardziej egzotyczne byly te ktore wymienilam z targu) wyczarowywalismy przepyszne, ezgotycznie doprawione tajskie dania. Wszystko byly bajecznie doskonale!!!

Efekt byl taki, ze wychodzac ze szkoly o godzinie 13 (wpierw zaopatrzylismy sie w pyszne pasty curry,zielona i czerwona, produkcji samej Mai Kaidee) bylismy niesamowicie najedzeni i pelni bardzo pozytywnych wrazen. Bardzo polecamy takie spedzenia polowy dnia, genialny pomysl, naprawde.
Nagromadzone kalorie trzeba bylo jakos uczciwie spozytkowac, a wiec wypozyczylismy sobie bardzo fajne rowerki nieopodal z nastawieniem zwiedzania miasta bardziej mobilnie...:) Wybralismy sie na druga strone Chao Praya by zobaczyc trzecia z wielkiej trojki swiatyn: Wat Arun. Tez warto i tez polecamy. Jest niesamowita, bo ozdobiona ogromna iloscia porcelany, ktorej kiedys uzywano do obciazania statkow plynacych z Chin...




wracajac z drugiej strony rzeki przejechalismy przez targ kwiatowy - tez ciekawe zjawisko:


Wieczorkiem na Soi Rambuttri ostatnie ulubione shake'i i zakup biletow na lotnisko na 5.00 rano (tym razem busikiem, wypatrywanie autobusu miejskiego na wielkiej ulicy z nasza iloscia bagazy nie byloby zbyt rozsadne, stad jednak ta drozsza opcja)...