Dzien zaczelismy od zorganizowanej wycieczki do tuneli Cu Chi pod Sajgonem (po raz pierwszy sie na cos takiego zdecydowalismy na tym wyjezdzie). Tak bylo o wiele prosciej i szybciej bo tunele sa oddalone o ok. 70 km od centrum. Za 5$ od osoby mielismy pol-dniowa wycieczke a w tym dojazd, przewodnika, nieograniczona ilosc wody butelkowanej i jak sie po drodze okazalo... wizyte w fabryce laki. Od tego tez zaczelismy dzien - po wyjezdzie o 8.15 sprzed biura turystycznego wstapilismy do zakladu, gdzie niepelnosprani wykonywali przerozne cudenka z laki. NIesamowite ile jest etapow produkcji - naliczylismy co najmniej 20!!! No i teraz juz wiemy na pewno ze podstawa lakowych wyrobow jest ... drewno. Ciekawe tez ze wiekszosc zdobien jest wykonywanych ze skorupek jajek albo z muszli (wtedy sa takie polyskujace). Zastanawila nas dysproporcja - w fabryce pracowalo okolo 50 -60 osob (widzielismy ze wszystko faktycznie jest robione recznie) a sklep zajmowal powierzchnie okolo 4 razy wieksza niz ci robotnicy... Nie wnikajac za bardzo w te zaleznosci udalo sie nam dowiedziec ze 1 pracownik zarabia okolo 100$ miesiecznie (dla porownania, nauczyciel w Phnom Penh zarabia ok 40-60$). Ale Wietnam jest wyraznie bogatszym krajem niz Kambodza. Przynajmniej na razie tak twierdzimy porownujac Phnom Penhg i Sajgon. W sklepie o dziwo dokonalismy zakupu bardzo ciekawej i unikalnie pieknej rzeczy - klapek z laki :) oczywiscie damskich :)).
Po przyjezdzie do tuneli sklasowali nas po 80 000 dongow od osoby (czyli okolo 4,5$) i rozpoczelismy spacer wsrod tropikalnej puszczy ogldajac wejscia do tuneli, rozne rozmyslne pulapki jakie VietCong (wietnamska partyzantka) zasatawial na jankesow. Trzeba im przyznac ze byli naprawde pomyslowi i kreatywni... Szkoda tylko ze w tak smutnym rzemiosle jak wojna...
Ogolnie na temat calego systemu mozemy powiedziec ze zrobil na nas duuuze wrazenie. Tak ogromny kompleks podziemnych tuneli z calym zapleczem tak militarnym jak i bytowym jest autentycznie strategicznym majstersztykiem na skale swiatowa. W samym tylko rejonie Cu Chi tunele mialy ok 250 km dlugosci a wiadomo ze ciagnely sie od poludnia Sajgonu kierujac sie ma polnocny zachod, przechodzily przed rejon Cu Chi wlasnie (gdzie byla siedziba glowna VietCOngu) i docieraly az do Kambodzanskiej granicy. Czesc wejsc byla solidnie maskowana w lesie (np otwory ukryte gleboko pod liscmi mialy tylko taki wlaz aby zmiescil sie czlowiek, a te przeznaczone dla kobiet i dzieci byly jeszcze mniejsze - oczywiscie kobiet Wietnamskich ktore nierzadko wazyly po 35-40 kg...niskie i szczuple). Czesc wejsc byla ukryta w rzekach czyli trzeba bylo zanurkowac glebiej by wplynac do tunelu. A w srodku tunele mialy do 1 m wysokosci. Przeszlismy ok 90m takim tunelem... i troche sie nameczylismy. Po pierwsze bo caly czas w kucki a po drugie bo pod spodem bylo kilka stopni wiecej niz na ziemi a i swieze powietrze mialo dzis okolo 30 st... Podziw dla ludzi ktorzy w tycemlach spedzili kilka lub kilkanascie miesiecy... Life's hard sometimes...
Oprocz znanej nam troche niepokojacej atmosfery tropikalnej dzungli (np. b. glosne cykady), otoczenia tuneli i opowiesci przewodnika pikanterii dodawaly ciagle odglosy strzalow. Byly to autentyczne strzaly z broni ostrej, gdyz na koncu tuneli znajdowala sie strzelnica, na ktorej za 20 000 dongow za kule mozna bylo postrzelac z roznych rodzajow broni. Bardzo za te watpliwa przyjemnosc podziekowawszy oddalismy sie rozkoszy lodow mangowych...Bajka.
Na koniec zaproszono nas na typowy posilek guerillas: gotowany maniok
http://pl.wikipedia.org/wiki/Maniok
czyli obrane bulwy w ksztalcie... moze marchewek, ale dluzsze i mniej regularne. Smakuje to o dziwo bardzo podobnie do ziemniaka tylko troszke twardsze i obtaczalismy to w drobno posiekanych orzeszkach ziemnych.
W centrum Sajgonu bylismy niestety dopiero o 15.30 mimo zapowiadanej 14.00 i stwierdzilismy ze juz za pozno by wybrac sie do pieknych pagod oddalonych kawal drogi od naszego miejsca pobytu... W zwiazku z tym pokrecilismy sie po okolicznych knajpkach i sklepikach jedzac niezly typowo wietnamski obiad: sajgonki oraz ich sztandarowa zupe Pho. Poprzedniego wieczoru zaobserwowalismy jak ta zupe jedza miejscowi wiedzielismy juz ze to wszystko co przynosza na osobnym talerzyku trzeba sobie dorzucic do zupki. A zupa to ogromna misa czegos podobnego do rosolu, z makaronem ryzowym, mieskiem (tym razem wzielismy kurczaka) a do tego dorzuca sie samemu: kielki soi, wietnamska miete (ktora smakuje mocno inaczej niz nasza i do zupy pasuje idealnie), kawalki papryczki i skrapia sie to wszystko sokiem z limonki. PYCHA!!! Jedno z lepszych dan tutaj. Sajgonki takie sobie. Zrobilismy dzis jeszcze jedna fajna rzecz: weszlismy do sklepu z jedwabiem i ... wybierajac sobie material i kroj zamowilam piekna suknie z satyny (podobno ten kroj lepiej sie prezentowal w satynie niz w jedwabiu). Koloru na razie nie zdradze, no i jak wyjdzie - przekonam sie juz za po h jak odbiore (po 5 h od zamowienia). Wracajac ze sklepu zakupilismy tez sobie po 2-dniowej wycieczce do delty Mekongu. Ruszamy jutro rano o 8.15 z tego samego biura podrozy co dzis. Przed nami przepiekne krajobrazy, inne niz te ktore widzielismy do tej pory. A co najwazniejsze, wyjezdzamy wreszcie z duzego miasta, bo od poczatku naszej wyprawy ciagle tylko w takich sie poruszamy. A wiec najpierw 2 dni wiosek wietnamskich a potem morze (kambodzanskie) !!!
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
To co nazwaliscie wietnamska mieta, jest tajska bazylia :) ale ma posmak miety, rzeczywiscie
OdpowiedzUsuń